Czy można oddać AI kontrolę nad domem, kodem i biznesem? (odc. 29, rozmowa z Mateuszem Chrobokiem)

2026-03-05 • Krzysztof Tutak • AI po polsku •wywiad •waga 4/5 •52 min czytania

Mateusz Chrobok o oddawaniu AI realnej kontroli: Claude Code nad projektami, homelab sterowany cenami prądu, bezpieczeństwo agentów. Konkret dla praktyków: proxy, minimalne uprawnienia, AI_devs 5.

Robocza publikacja redakcyjna na podstawie publicznego transkryptu YouTube. Źródło: YouTube.

O czym jest ten film

  1. Jak Mateusz Chrobok ogarnia jednocześnie podcast, kursy, content i startupy: traktuje wszystko jak portfel mini-firm z procesami gotowymi do delegowania.
  2. Codzienna praca w Claude Code: około dwudziestu zakładek-projektów, nadpisany init z regułami i komenda domykająca workflow.
  3. Reverse proxy jako warstwa zarządcza między użytkownikiem a modelem: rotacja kont, analityka, audyt zapytań i tańsze modele do prostych zadań.
  4. Scanmi — polski sprzętowy startup budujący skaner podsłuchów (radio definiowane programowo, 70 MHz–6 GHz, triangulacja sygnałów).
  5. Homelab, w którym AI decyduje o włączaniu serwerów na podstawie dynamicznych cen prądu, fotowoltaiki, magazynu energii i… planów wyjazdowych właściciela.
  6. TinyBox — serwis w duchu Mikrusa pisany wyłącznie przez AI oraz bolesna lekcja z wyciekiem.
  7. Bezpieczeństwo agentów: głośna wpadka OpenClaw, który skasował maile szefowej bezpieczeństwa AI w Meta; minimalne uprawnienia, guardrails, izolacja i „twardy stop”.
  8. Zatruty łańcuch dostaw skilli i serwerów MCP oraz zasada proporcjonalności: ile bezpieczeństwa, przy jakiej stawce.
  9. Piąta edycja AI_devs: fabuła, zadania projektowane pod Claude Code i Kursora, rola programisty jako operatora i audytora kodu.
  10. „SaaSpokalipsa”: własne mikroaplikacje budowane w godziny zamiast kolejnych subskrypcji i poczucie sprawczości, które z tego wynika.

10 najważniejszych takeaways — z kontekstem zastosowania

1.Jeden projekt = jedna zakładka, z własnymi regułami i komendą domykającą

Na czym polega: Mateusz prowadzi około dwudziestu zakładek terminala z Claude Code, a każda to osobny projekt z izolowanym kontekstem. Standardowy init nadpisuje własnymi regułami — atomowe commity, jeden problem na branchu, aktualizacja pliku pamięci po każdej rewizji — a każdy workflow domyka komenda typu /complete: commit, lint, testy, CI/CD, deploy na produkcję.

Jak stosować: przy każdym nowym repozytorium dopisz do initu reguły projektowe i zdefiniuj jedną, zawsze taką samą komendę kończącą pracę, żeby domknięcie zadania odbywało się automatycznie i przewidywalnie.

Na co uważać: trzymanie wielu projektów w jednym kontekście powoduje przenikanie się reguł; plik pamięci trzeba faktycznie aktualizować, inaczej agent działa na nieaktualnych założeniach.

2.Reverse proxy między tobą a modelem: kontrola, analityka, dziennik zapytań

Na czym polega: zamiast łączyć Claude Code bezpośrednio z dostawcą modelu, kierujesz go na własne proxy. To daje dashboard użycia, rotację kilku kont w ramach limitów, możliwość podpięcia tańszych modeli do prostych zadań i pełny audyt tego, co leci do providera.

Jak stosować: postaw proxy (np. jeden z projektów w rodzaju CCFlare), podepnij konta i klucze, dodaj cache, a następnie udostępnij zespołowi jedną bramkę zamiast wielu osobnych subskrypcji.

Na co uważać: to zabawka dla osób technicznych — routing i utrzymanie wymagają pracy; zapisane zapytania traktuj jak dane wrażliwe, bo właśnie one są wartością audytową.

3.Agentowi dawaj minimum: dwa narzędzia, dwa miejsca, człowiek w pętli

Na czym polega: agent weryfikujący oferty partnerów nie czyta skrzynki mailowej. Człowiek sam wrzuca wiadomość do kolejki, a model ma wyłącznie odczyt tej kolejki, wyszukiwarkę i zapis do jednej bazy w Notion. Najgorszy realny scenariusz to spam w jednej tabeli.

Jak stosować: wypisz, co agent musi umieć, i dokładnie tyle mu daj; dane wrażliwe (nawet dane nadawcy maila) wycinaj, zanim trafią do promptu; na powrót z narzędzi nałóż filtry bezpieczeństwa.

Na co uważać: filtry nie zastąpią dobrze zaprojektowanych uprawnień; budowa dziesięciu warstw zabezpieczeń przy niskiej stawce to przegięcie i strata czasu.

4.Agent musi mieć twardy stop, którego nie da się zignorować

Na czym polega: głośna historia szefowej bezpieczeństwa AI w Meta: agent OpenClaw zignorował polecenie „niczego nie usuwaj” i skasował setki prywatnych maili; pisanie „stop” w czacie nie pomogło, bo czat to kolejka, a nie wyłącznik.

Jak stosować: zaplanuj kanał awaryjny niezależny od agenta — osobna sieć lub VLAN, VPN, SSH, dostęp out-of-band do infrastruktury; nieznane agenty odpalaj w maszynie wirtualnej lub kontenerze, nigdy na głównej maszynie.

Na co uważać: „zwykle słuchał” to nie argument — nadmierne zaufanie do modelu to osobna, katalogowa kategoria podatności; czat jako jedyna droga kontaktu z agentem to błąd projektowy.

5.Zmiany zapisowe wprowadzaj stopniowo i zawsze z planem odwrotu

Na czym polega: przy zarządzaniu flotą laptopów profil konfiguracji przygotowuje AI, człowiek go weryfikuje i jako pierwszy wypuszcza na jedno urządzenie; dopiero po testach zmiana idzie na całą populację. To wprost wzorzec stopniowego wdrażania z podręcznika SRE Google.

Jak stosować: profil → weryfikacja przez człowieka → jedno urządzenie lub 1% populacji → reszta; przed każdą akcją zapisową rób backup albo zapewń możliwość cofnięcia.

Na co uważać: automatyzacja nie zwalnia z odpowiedzialności — jeżeli akcja ma konsekwencje, decyzja i uprawnienia zostają po stronie człowieka.

6.Zbierz logi w jednym miejscu i daj agentowi komendę „monitor”

Na czym polega: logi z wielu projektów — kontenerów, Proxmoksa, aplikacji — trafiają do Elastica. Agent dostaje jedno miejsce i polecenie „zobacz, co się dzieje, i zrób listę zadań”; osobny monitor analizuje wywalone buildy, stara się je naprawić, commituje zmianę i puszcza kolejną próbę.

Jak stosować: postaw centralny stos logów, skonfiguruj wysyłkę, napisz slash-command analizującą logi i buildy oraz generującą taski; auto-naprawie nadaj sztywny budżet prób.

Na co uważać: scentralizowane logi to dopiero pierwszy krok do observability, nie jego odpowiednik; agent-naprawiacz bez limitu prób wejdzie w pętlę i spali budżet.

7.Lokalny model tylko tam, gdzie liczy się koszt, a nie czas

Na czym polega: duży model na samym CPU — nawet na czterdziestu rdzeniach — daje jeden, dwa tokeny na sekundę i nie ma sensu. Lokalny sprzęt spisuje się w powolnych automatyzacjach (klasyfikacja w Home Assistant), a tanie modele API w prostych zadań infrastrukturalnych; do pracy na czas i do rozumowania potrzebny jest mocniejszy model.

Jak stosować: podziel zadania na wrażliwe na koszt (lokalnie lub tani model przez proxy) i wrażliwe na czas oraz jakość (mocniejszy model); tanie modele testuj na prostych, odwracalnych przepływach.

Na co uważać: małe modele potrafią deklarować, że „umieją” korzystać z narzędzi, a potem wpadać w pętle — opóźnienie i zawodność traktuj jako pełnoprawny koszt.

8.Niech AI pełni dyżur energetyczny — według cen, nie zegara

Na czym polega: serwery obliczeniowe włączają się, gdy prąd jest tani, a zawsze włączone zostaje niezbędne minimum (NAS, DGX, kworum Proxmoksa). W grze są fotowoltaika, magazyn energii i prognozy typu „jutro jadę do Warszawy, więc auto musi być dziś naładowane”.

Jak stosować: połącz taryfę dynamiczną z Home Assistantem i regułą włączania zasobów; zacznij od rzeczy, które mogą być wyłączone bez szkody dla reszty systemu.

Na co uważać: lokalne AI sterujące domem myli się — zwykle z winy słabej jakości danych; zostaw niezbędne minimum zawsze włączone i miej ręczne obejście na wypadek pomyłki.

9.Skille i MCP to łańcuch dostaw — izoluj i dopasuj środek ostrożności do stawki

Na czym polega: problem znany z npm przenosi się na ekosystem agentów: skill lub dodatek może być dziś czysty, a jutro złośliwy; na „forum dla botów” wyciekły klucze API znanych osób. Radykalne „sprawdzaj wszystko” po prostu się nie skaluje.

Jak stosować: nieznane narzędzia odpalaj w maszynie wirtualnej lub kontenerze, nigdy na głównym systemie; przy wysokiej stawce rób przeglądy i trzymaj się sprawdzalnych źródeł; obserwuj narzędzia klasy firewall agentowego i detektory złośliwych skilli.

Na co uważać: weryfikacja przy instalacji nie gwarantuje niczego później; izolacja kontenerem nie chroni jądra hosta — wtedy potrzebny jest pełny sandbox i zmiana modelu zagrożeń.

10.Własna aplikacja za cztery godziny zamiast subskrypcji za dwadzieścia dolarów

Na czym polega: z gotowych klocków — logowanie, storage, baza — plus Claude Code powstają mikroaplikacje na własne potrzeby: generator grafik eventowych, zarządzanie meetupami z biletami i logowaniem Magic Linkiem. Sześć większych aplikacji w pięć tygodni, a feedback ze spotkania zamienia się w gotowy funkcjonalny element w kilkanaście minut.

Jak stosować: zanim zapłacisz za kolejny SaaS, sprawdź, czy potrzebę da się zamknąć w kilka godzin vibe kodowania i hostować tanio; instrukcję korzystania z własnego API zapisz w pliku konfiguracyjnym agenta, żeby potem sterował aplikacją poleceniami.

Na co uważać: to nie zamiennik systemów produkcyjnych — tam, gdzie liczą się stabilność, odpowiedzialność i dane wrażliwe, kupujesz rozwiązanie, a nie sklejasz własne; nie wszystko trzeba i warto budować samemu.

Redakcyjne tłumaczenie

(Na początku odcinka pada zaproszenie do społeczności AI Ninjas — kursy, dwutygodniowe warsztaty na żywo, comiesięczne Q&A z założycielami i biblioteka gotowych rozwiązań.)

„Przetwarzacz technologii”, procesy i wychodzenie z bańki

Krzysztof Tutak: Mateusz Chrobok u mnie po raz drugi. Hej!

Mateusz Chrobok: Hej, cześć!

Krzysztof Tutak: Zacznijmy klasycznie: kim jesteś i czym zajmujesz się na co dzień?

Mateusz Chrobok: Najkróciej: przetwarzam technologię w memy i w edukację. Próbuję tłumaczyć trudne rzeczy w prosty sposób i dodawać do tego odrobinę zabawy. Taka jest moja misja — świat robi się coraz bardziej skomplikowany, a ja chcę go tłumaczyć prosto, choć same tematy traktuję poważnie.

Krzysztof Tutak: Muszę przyznać, że świetnie ci to wychodzi.

Mateusz Chrobok: To wszystko deepfake’i i halucynacje — każdy chwali się, jak potrafi.

Krzysztof Tutak: Odsłuchałem niedawno twój nowy podcast, fajna rozmowa wyszła ci z Adrianem.

Mateusz Chrobok: TLDR, tak — petarda. Adrian to ziomek.

Krzysztof Tutak: Też miałem przyjemność poznać go osobiście, więc potwierdzam. Ale myślę sobie: jeździsz na konferencje i na nich występujesz, robisz content w social mediach, jesteś zamieszany w różne startupy, tworzysz kursy, a teraz jeszcze podcast. Jak ty to wszystko ogarniasz?

Mateusz Chrobok: Ja nie ogarniam — ogarnia machina produkcyjna i ekipa, która mnie wspiera. Cały czas szukamy potrzeb na rynku. Do TLDR pisało do mnie sporo osób, że brakuje formatu na pogłębione, luźne rozmowy: szorty trafiają do jednej grupy odbiorców, zwykłe odcinki do innej, a tu można wejść głębiej. Naradziliśmy się z zespołem, jak to ugryźć. Na samym nagraniu muszę być ja, bo to ja rozmawiam z gościem — trzeba więc wykroić czas, a skoro wykrawam, z czegoś innego muszę zrezygnować. Następuje zmiana priorytetów. Potem, jak w każdym startupie — bo dalej traktuję nasze funkcjonowanie jak startup — sprawę trzeba obłożyć procesem: opieka nad gościem, terminowość, produkcja, opis odcinka, odnośniki. Na ten moment mamy opublikowane trzy odcinki, a nagrane sześć, może siedem, i jak w każdym startupie poprawiamy procesy w locie. Zresztą nie wszystkie nagrania wyszły — nigdy wcześniej nie prowadziłem podcastu, więc mnóstwo się uczę. Częściowo z mojej winy, bo w pewnym momencie po prostu popłynąłem. To wymaga też zarządzania własną uwagą: to, co ciekawe dla mnie — a mam skłonność do przeskakiwania między tematami jak wiewiórka — niekoniecznie jest ciekawe dla słuchacza. Więc czasem łapię się za rękę: a może jeszcze to, a może tamto… Gdyby nie te hamulce, rozmowy miałyby po cztery godziny i nikt by tego nie oglądał — wszyscy wrzuciliby do modelu z prośbą o podsumowanie. Zdarzają się podcasty nagrywające po trzy godziny, dogłębnie, i rozumiem, po co to robią.

Krzysztof Tutak: Doskonale rozumiem, do czego zmierzasz — sam mam blisko trzydzieści rozmów i wciąż ćwiczę, żeby prowadzić je lepiej. Wspomniałeś, że traktujesz te działalności jak startupy. Ja zresztą kiedyś podkradłem od ciebie dokładnie to podejście, z „Mitu przedsiębiorczości”: wszystko jak franczyza, procesy pod późniejsze delegowanie.

Mateusz Chrobok: Ładnie to ująłeś, bo nie dopowiedziałem najważniejszego: jak ustawi się proces, można znaleźć kogoś, kto go ogarnie — i najlepiej, żeby nie był to ja, bo ja słabo się skaluję. To jest nieustanne szukanie dźwigni: co mogę zrobić ze swoim czasem i co da się wzmocnić procesem, żeby całość dobrze działała.

Krzysztof Tutak: Kolejny eksperyment tego typu…

Mateusz Chrobok: Jest jeszcze jeden, który podobnie wybrzmiewa — krótkie formy, trzy minuty o AI. Szykując się do AI_devs (Informacja dodatkowa: AI_devs — polski kurs tworzenia rozwiązań opartych na dużych modelach językowych, tworzony przez Adama Gospodarczyka i Jakuba Mrugalskiego.), dla własnej satysfakcji czytam różne prace badawcze — nie zawsze techniczne, bywają filozoficzne. I myślę: kurczę, chcę się tym podzielić, ciekawe, jakie rozkmininy mają inni. Wspólnie z zespołem udało się to przetworzyć w format. Mamy nagranych około trzydziestu odcinków, opublikowanych z dwadzieścia — zobaczymy, jak się przyjmie. Po prostu mam taką potrzebę: w AI dzieje się tyle, że ciężko nadążyć, a przy okazji mogę odbijać tematy od ludzi, którym są bliższe albo dalsze. Zwłaszcza przy tych filozoficznych czasem dostaję komentarze: „wow, o tym nie wiedziałem, jestem całkiem poza bańką”. I właśnie wychodzenie poza bańkę to według mnie najlepsza lekcja. Jak siedzisz zakotwiczony w jednym temacie i czytasz newsy tylko z jednej dziedziny, nie dostrzegasz prostych rzeczy, które można przenieść do siebie z innych branż i technologii.

Krzysztof Tutak: Zgadzam się w stu procentach — problem w tym, że nie wiemy, czego nie wiemy.

Mateusz Chrobok: Kilka razy miałem taką sytuację: wpadam do firmy, oni proszą „pokaż, jak u ciebie działa to agentowo”. Pokazuję: tu mam Claude Code, tu issuesy na GitHubie, które rozwiązują się same, aktualizuje się roadmapa, odpala CI/CD, kod sam się testuje. I wtedy okazuje się, że nie wiem, czego nie wiem — bo obok siedzą ludzie, dla których część tego jest oczywista, a inni mówią: „mordeczko, my widzieli czat GPT całkiem niedawno”. Wciąż jesteśmy w strasznej bańce. Wydaje nam się, że wszyscy już to ogarniają, tymczasem szeroka publika w ogóle się w te narzędzia nie bawiła. Za każdym razem się na tym łapię: „przecież to wszyscy wiedzą”. Nie, nie wszyscy. Miewam poczucie zdartej płyty, ale te powtórzenia się opłacają — jest ogromne zapotrzebowanie na wyrównywanie wiedzy.

Krzysztof Tutak: Zwłaszcza że nie każdy wskoczył do tego pociągu w tym samym momencie. Ci, którzy wskoczyli wcześnie, wyprzedzają innych o rok, dwa, jeśli chodzi o zabawki, którymi się bawimy. Ale przejdźmy do konkretów: z jakich narzędzi korzystasz na co dzień, gdzie AI realnie weszło ci w rutynę, a gdzie jeszcze cię nie przekonało?

Claude Code jako centrum: dwadzieścia projektów, każdy we własnej zakładce

Mateusz Chrobok: Najczęściej korzystam z Claude Code. W tej chwili, nawet gdy z tobą rozmawiam, mam otwartych z dwadzieścia zakładek terminala — każda odpowiada innemu projektowi lub przepływowi pracy. Claude Code bardzo ładnie obsługuje te projekty: research, przetwarzanie tego, co trzeba zbudować, bazy wiedzy. W tle buduje mi się projekt Scanmi do wykrywania podsłuchów — to rozwiązanie sprzętowe. Mam projekty związane z przetwarzaniem faktur, wewnętrzny CRM, stronę „Ucz mnie”, TinyBox. Scrapiuję archiwum — według mojego promptu wybierane są rzeczy ciekawe dla mnie. Do tego zarządzanie infrastrukturą w domu i Home Assistant: niedawno naprawiałem rzeczy związane z rekuperacją i baterią, żeby optymalizować ładowanie auta. Każda zakładka to osobny projekt — pięknie zaizolowany kontekst, bo każdy projekt ma swoje zasady. Mam też reguły wspólne, działające między projektami. Zazwyczaj nadpisuję wynik komendy init: Claude Code po jej wywołaniu bada, co jest w katalogu, i próbuje wyciągnąć wiedzę o projekcie — ja dokładam od siebie reguły. Na przykład: commity mają być atomowe, mają rozwiązywać dokładnie jeden problem na jednym branchu. Jeśli to baza wiedzy — commituj po każdej rewizji albo trzymaj plik z pamięcią i za każdym razem go aktualizuj. Init jest takim startem, a na końcu przepływu, w niemal każdym repozytorium, mam komendę domykającą. Jej zadanie: dobra, dowozimy — nie odpalamy CI/CD ręcznie, commitujemy, sprawdzamy błędy, lintujemy, robimy wszystko, żeby zmiana trafiła na produkcję i tam została przetestowana. Tak sobie pobudowałem własne workflowy — i to są ciągle żywe projekty, bo zawsze jest co poprawić. Bez takich narzędzi nie dałbym rady. Tym bardziej że mamy już Opusa 4.6 i możliwość odpalania wielu podagentów — choć tych zespołowych konfiguracji nie lubię, bo strasznie szybko palą tokeny. Ale to piękny kosmos.

Reverse proxy: kolejka kont, DGX i tani model do prostych zadań

Mateusz Chrobok: W moim zestawie jest jeszcze odwrotne proxy — w rodzaju CCFlare. Mam podpięte kilka kont Claude Code, bo tam obowiązują pięciogodzinne okienka użycia: jedno konto się zużywa i odpoczywa, wchodzi drugie, potem trzecie. Dalej mam lokalnego DGX-a, bo postanowiłem potestować lokalne modele i zobaczyć, jak działają. Jest też Mac z modelami. Ostatnią deską ratunku jest OpenRouter z kilkoma wybranymi modelami, płatność za faktyczne użycie, gdybym spalił dosłownie wszystko. Tworzy się taka kolejka. I korzystam z niej firmowo: dostęp do proxy mają u mnie ludzie w firmie — zamiast płacić osobną subskrypcję za każdego, korzystamy z jednej bramki, dorzuciliśmy jeszcze cache, żeby było taniej. Trzeba to skonfigurować, ale potem jest szybciej i wygodniej. To mój sposób na trochę lepsze sterowanie własnym wewnętrznym startupem.

Krzysztof Tutak: Otworzyłeś teraz tyle ścieżek, że mam nadzieję zagospodarować choć większość. Najpierw dopytam o proxy: ono tylko wybiera, które konto Claude Code ma być użyte, czy mówimy o proxy na poziomie sieci?

Mateusz Chrobok: Zamiast kierować Claude Code do Anthropic standardowym adresem, kierujesz go na URL tego proxy. Składa się ono z dwóch części. Pierwsza to dashboard pokazujący użycie i analitykę. Druga to element API, który zapisuje zapytania i przekazuje je dalej, żonglując tym, z którego konta korzysta. Czyli tak naprawdę proste proxy HTTP, które najpierw trzeba skonfigurować — możesz podpiąć Claude po OAuth albo po kluczu API, możesz dodać OpenAI, OpenRouter, co chcesz. Szczerze mówiąc, w grudniu, gdy miałem więcej projektów i czasu, dorzuciłem jeszcze Z.ai, bo mieli bardzo tani plan i interfejs zgodny z tym od Anthropic. Claude Code działał wtedy na GLM-ie — do prostych zadań było w porządku, ale przy czymś wymagającym rozumowania nie umywał się do klasy Claude. Testowałem go do prostych rzeczy: sprawdź infrastrukturę, napraw, posprzątaj — to się sprawdzało, bo to tani model. Odpaliłem go więc na DGX-u, we wersji Flash, która bardzo słabo radziła sobie z korzystaniem z narzędzi. Mam gdzieś zapisaną zabawną rozmowę, w której mówi: „tak, tak, spoko, mordeczko, mogę używać narzędzi, tylko w sumie nie wiem jak”. Potem wpadał w pętle i w końcu stwierdziłem: ustawianie tego trwa za długo, nie jest warte mojego czasu. Mógłbym się bawić dla sztuki, żeby pokazać, że się da. GPT-OSS ogarnął to dużo szybciej — był od początku zbudowany pod ładne zarządzanie narzędziami. Więc: wystarczy, wracamy do Claude. Takie rozwiązanie można złożyć z CCFlare albo jego forków. Ja nawet myślałem, żeby przepisać to po swojemu, bo mnie korci własny zestaw funkcji. Jak kiedyś będę miał za dużo czasu, zrobię z tego produkt — albo zachęcam was do zrobienia produktu. Takie proxy to absolutnie coś, co przyda się w firmach, bo daje dziennik audytowy: wiecie, co się dzieje, można podejrzeć zapytania. To bardzo dobry wzorzec projektowy.

Krzysztof Tutak: Chociaż zabawka dla bardziej technicznych — cały routing trzeba ogarnąć samemu. Ja akurat tego konkretnego nie testowałem, ale u mnie w homelabie latają Nginxy i Traefiki…

Mateusz Chrobok: To ogarnąłbyś bez problemu. Zrobiłbyś przekierowanie na lokalne proxy i nikt u ciebie nawet nie musiałby wiedzieć, że z proxy korzysta.

Krzysztof Tutak: Da się, tylko mówię to w kontekście osób mniej technicznych — dla nich własne proxy z routingiem może być czarną magią. Odniosę się jeszcze do twoich doświadczeń z GLM-em Flash: miałem bardzo podobne z małym Bielikiem, 3,5 miliarda parametrów, który domyślnie nie wspiera korzystania z narzędzi. Też bywały takie monologi: „tak, tak, próbuję, szykuję payload…” — i nic z tego nie wychodziło. A zaczawiło mnie, że masz tego GLM-a na Macu.

Mateusz Chrobok: Mam go i na DGX-u, i na Macu. Chciałem zobaczyć różnicę w tokenach na sekundę między jednym a drugim, ile zmieszczę, jak się to skaluje. Na Macu odpalam i wiem, że za chwilę 130 watów, zasilacz, wszystko płonie — da się używać, ale mniej przyjemnie, więc wolałem mieć to lokalnie na DGX-u.

Krzysztof Tutak: A inferencja jest na zadowalającym poziomie?

Mateusz Chrobok: To jest kilkadziesiąt tokenów na sekundę — żaden szał. Świetnie nadaje się do takich rzeczy jak lokalna automatyzacja, która ma coś sklasyfikować w Home Assistant. To nie jest wymagające czasowo, nie potrzebuje dużej mocy obliczeniowej — i jest spoko, bo nie palę tokenów chmurowych na coś, na co nie muszę. Ale do zadań, gdzie liczy się czas — na przykład research do odcinka i porządkowanie źródeł — to jest gorzej.

Scanmi: skaner podsłuchów konstruowany w Polsce

Krzysztof Tutak: Wspomniałeś, że wykrywasz podsłuchy. Opowiedz o tym więcej, bo to bardzo ciekawy wątek.

Mateusz Chrobok: Z dwoma kolegami prowadzę sprzętowy startup, który trwa już jakieś pięć lat. A jak robi się sprzętowy startup w Polsce, a nie w Chinach, to jest jeden duży problem: czekanie na części. W pandemię spotkała nas jedna z gorszych rzeczy: projekt nazywa się Scanmi, scanmi.com.pl — robimy szerokoczęstotliwościowy skaner do wykrywania anomalii w eterze. Gdy zamawialiśmy płytki, na pięć sztuk trzy przyszły zepsute. Iterowanie na tym — weźmy inną wersję, inną płytkę, może inną obudowę — to absolutna masakra. Ale jesteśmy parę lat dalej i wciąż jest to super zabawa, bo uczę się przy tym bardzo dużo: nigdy wcześniej nie robiłem rzeczy przy radiu. Intencja jest prosta. W miejscach, w których ludzie zostawiają podsłuchy — zwykle biura prezesów i podobne — zatrudnia się ludzi, którzy odkręcają gniazdka i sprawdzają, czy w środku coś nie siedzi. Tyle że coraz częściej podsłuchy nie nagrywają na sztywno cały czas, tylko aktywują się w określonych godzinach albo po odebraniu sygnału — i takich trudno wykryć klasycznym sprzątaniem. My mamy kilka rodzajów radia, a najważniejsze z nich to radio definiowane programowo, którym sami sterujemy. Uczymy się, jak wygląda dana przestrzeń z radiowej perspektywy, a kiedy nagle dzieje się coś nowego — wykryliśmy podsłuch, wykryliśmy spadek sygnału z LTE albo 5G do GSM, pojawiły się nowe stacje bazowe, których przez tyle lat nie było — wysyłamy alert. Nowe stacje mogą być legalne, ale o takich rzeczach lepiej powiadamiać. Chodzi o przestrzeń, której nie widzimy okiem: uczymy się, jak wygląda normalność, a gdy pojawia się coś obcego, mówimy „tu jest alarm”. Scanmi działa szerokopasmowo, od częstotliwości rzędu 70 MHz do 6 GHz. Chcemy to rozwinąć, żeby może łapać też drony — podobno niektóre zaczynają korzystać z pasm powyżej 6 GHz. Skoro już mamy takie urządzenie, może dałoby się nim klasyfikować sygnały wyglądające jak sterowanie dronem. Koncepcja żyje i ewoluuje. Urządzenia mogą być rozproszone w przestrzeni — informacja, które z nich dostaje jakiś sygnał, pomaga w triangulacji i określeniu, co gdzie się znajduje. To może być Bluetooth, Wi-Fi, twój AirTag, cokolwiek — łatwiej namierzyć, co gdzie jest. Kawał fascynującej technologii. Traktuję to trochę jak hobby. Mam takie dziwne hobby, nie zrozumiesz: wydaję pieniądze na startupy, na których nie zarabiam, ale się uczę.

Krzysztof Tutak: Każdy ma swoje hobby. Brzmi to jak technologia rodem z Pentagonu albo NSA.

Mateusz Chrobok: Byłem kiedyś na konferencji ludzi tworzących standardy NIST i spotkałem tam gościa z Czech, który opowiadał, że w latach osiemdziesiątych woźili radio w vanie i potrafili wykryć, że komuś niedokręcony jest kabel antenowy, bo „tak przeciekało”. Pukali do drzwi: „Panie, dokręć, bo było tak spokojnie”. A teraz dookoła jest taka zupa różnych częstotliwości, że trudno cokolwiek z niej wyłapać. Więc mam ładne radio, którego nie znam, plus uczenie maszynowe — i to jest wielka miłość, bo można wyciągnąć z tego więcej niż z prostej obserwacji. Świat się zmienił, wszyscy siedzimy w zupie.

Krzysztof Tutak: Ileż się tych stacji bazowych, sieci Wi-Fi i innych technologii radiowych namnożyło. Szacun za samą realizację projektu sprzętowego — to jest bardzo trudne, żeby dowieźć działający produkt.

Mateusz Chrobok: Bardzo miło, ale ja jestem tam trybikiem, robię małą część. Ekipa ogarnia ode mnie więcej. Ostatnio robiłem w tym projekcie przejście z Pythona na Go — no dobrze, robił to Claude Code. Mamy tam sześciorzędny procesor Rockchipa: jeden rdzeń zajmuje się szybką transformatą Fouriera, drugi czymś innym, żeby było szybciej. Ja robię takie drobiazgi dookoła, ale bardzo dużo się przy tym uczę.

Kink: dane wyciągane nie wprost

Krzysztof Tutak: Teraz już wiem, skąd u ciebie na YouTube materiały o analizie dźwięku klawiatury i innych pośrednich metodach — one aż rozwalają czachę.

Mateusz Chrobok: To mój ulubiony zakres na konferencji Oh My Hack. Kiedyś zaproszono mnie na prelekcję i powiedziałem sobie: będzie o moim kinku. Bardzo lubię metody, w których dane wyciąga się nie wprost, z pobocznych źródeł. Masz smartwatch z akcelerometrem na ręce — gdy wpisujesz PIN na klawiaturze bankomatu, z akcelerometru da się odczytać, co wpisujesz. Pamiętam badaczy, chyba z izraelskiego uniwersytetu, którzy na podstawie akcelerometru i żyroskopu — oczywiście „dla nauki”, przy alkoholu — pokazywali, że po dziesięciu krokach można wykryć, czy ktoś pił. Wszystko śmiechem, żartem — ale gdy taka technologia trafi do Arabii Saudyjskiej albo innego miejsca, gdzie za to grożą duże kłopoty, przestaje być urocza. A te dane tam po prostu są. Ludzie, którzy zajmują się wyciąganiem danych ze smartwatchy i podobnych źródeł, będą o nas wiedzieć coraz więcej. Widziałem już projekty dużych modeli — mignął mi taki na GitHubie — służące do wzbogacania danych: wrzucasz same logi, a on szuka i wyciąga wnioski o użytkownikach.

Krzysztof Tutak: Każde narzędzie to podwójne dno — można je wykorzystać do dobrych rzeczy albo niecnych. Porozmawiajmy o twoim homelabie, bo ja też mam to hobby. Co u ciebie ciekawego hula i jaką rolę odgrywa w tym wszystkim AI?

Homelab: serwerownia, która dostosowuje się do cen prądu

Mateusz Chrobok: Zaczynałem od ambicji zbudowania klastra Raspberry Pi rozproszonego w Kubernetesie, który miał sobie ładnie działać. Szybko okazało się, że to za mało, bo chciałem odpalać buildy. Kupiłem więc starą klatkę serwerową Della, M1000E — nawiasem mówiąc, sprzedawca twierdził, że ma wyjście 10 Gbit, a ma 1 Gbit, więc czekamy, aż rozwiążemy tę sprawę. Włożyłem do niej trzy serwery, potem czwarty: po czterdzieści rdzeni, po półtora terabajta RAM-u. To taki koń pociągowy, na którym działają buildy, kontenery i testy — ta część obliczeniowa. Poza tym mam TrueNAS-a w obudowie HL15: łącznie około 130 TB w hybrydowej macierzy na ZFS. Backupy muszą gdzieś być — zarówno surowców, jak i innych rzeczy. Mam dwa NAS-y: jeden stoi tutaj, w biurze, drugi w domu, gdzie zabezpieczam treści YouTube; na nim też jadą maszyny wirtualne i kopie zapasowe. Dalej jest R620, również z czterdziestoma rdzeniami i pół terabajta pamięci, który chodzi bez przerwy — i to ważne, bo zaraz do tego wrócimy: AI rozporządza, kiedy co włączać, bo prąd nie jest za darmo. Na tym stoi jeszcze DGX. Obok staruszek Mac 5.1 z dwunastoma rdzeniami i, o ile pamiętam, 128 GB RAM-u. Wszystko działa na Proxmoksie — z wyjątkiem TrueNAS-a, który pełni rolę warstwy dyskowej. A AI działa w tym wszystkim w pętli, w której zastanawia się, co można wyłączyć. Są rzeczy, których nigdy nie wyłączam: DGX zostaje, TrueNAS zostaje i zostaje minimalne kworum pod Proxmoksa — czyli R620, plus po jednym węźle do głosowania na TrueNAS-ie i na Macu. Natomiast część obliczeniowa, te cztery serwery, włącza się i wyłącza zależnie od obciążenia oraz od tego, ile kosztuje prąd. W ramach homelaba mam Home Assistanta, a przez MQTT dochodzą do mnie informacje z Pstryka (Informacja dodatkowa: Pstryk — polska oferta energii z taryfą dynamiczną, w której cena prądu zmienia się co godzinę.). Mam więc dynamiczne ceny i patrzę, czy opłaca się poczekać, czy cena jest na tyle niska, że można odpalić wszystkie serwery i spokojnie palić. Bywały i szalone sytuacje — w zeszłym roku zdarzało się, że za zużyty prąd dostawało się pieniądze, przy nadprodukcji energii ze źródeł odnawialnych. Steruje tym automatycznie lokalne AI na podstawie danych z Home Assistanta — czasem się myli, ale zwykle z winy samych danych. Całość jest spięta z fotowoltaiką, magazynem energii i przewidywaniem, co będzie jutro. Jadę jutro do Warszawy — auto musi być naładowane do setki, więc prognozujemy zużycie: ładujemy z fotowoltaiki na maksa, a resztę w tanich godzinach. To wszystko jest ze sobą połączone i ewoluuje. Zostało mi parę problemów do rozwiązania: miało być dynamiczne sterowanie klimatyzacją w czasie i przestrzeni. W cieplejsze dni działa klimatyzacja, a zimą jej w ogóle nie używam — jest rekuperacja, która wyciąga ciepło generowane w serwerowni i ogrzewa nim dom. Chcę, żeby to było zgrane: jedno się wyłącza, drugie włącza. Jeszcze mi tego brakuje.

Krzysztof Tutak: Mega zabawy masz. Ja mam dość zbliżony stos: Proxmox, wysoka dostępność… Chociaż popełniłem jeden błąd: zbudowałem redundancję na poziomie dysków, mocy i sieci, ale zapomniałem o warstwie czysto infrastrukturalnej. Kiedyś padł mi UDM, kontroler sieci — i wystarczył jeden element sprzętowy, żeby położyć całość. Korzystam z małych pecetów Intela, NUC-ów dwunastej, trzynastej generacji; TrueNAS stoi na takim małym ustrojstwie, może kojarzysz — dokupiłem szufladę i rozszerzyłem go do ośmiu dysków SSD jako magazyn. No i Raspberry Pi, bo chyba każdy, kto się bawi w homelab, jakieś ma.

Mateusz Chrobok: To jest amulet.

Krzysztof Tutak: Dokładnie. Jestem ciekaw, czemu wybrałeś podejście lokalne do zarządzania infrastrukturą i czy wdrażasz agentów AI na te serwery?

Mateusz Chrobok: Jedno z pierwszych podejść było takie, żeby sprawdzić, jak na porządnym procesorze odpalą się duże modele. Na TrueNAS-ie wymieniłem procesor na intelowskiego Platyniaka z czterdziestoma paroma rdzeniami — powinna być masakra, a wychodzi jeden, dwa tokeny na sekundę. Zrobiłem eksperyment, uznałem, że to nie ma sensu. Próbowałem z narzędziami na Raspberry Pi — w normalnych zastosowaniach też nie ma sensu. Ten nabytek x86 również słabo nadaje się do zastosowań agentowych, bo nie wsadzę tam karty graficznej i niczego nie przyspieszę. Najbliżej moich potrzeb jest DGX: mam na nim lokalne modele, które robią część rzeczy, albo proxiko wystawiające modele publiczne. To taki centralny punkt: każdy przepływ, który lokalnie zarządza u mnie prądem albo infrastrukturą, korzysta właśnie z tego proxy. Do samego zarządzania w zupełności wystarczą NUC-i, jeśli nie masz szczególnych wymagań. Ja mam dodatkowy powód: produkt Scanmi bazuje na FreeBSD i musimy go przebudowywać. Jesteśmy na tyle szaleni, że bierzemy najnowsze rzeczy pojawiające się na Gicie — co chwilę testujemy coś świeżego, a to wymaga sporo mocy x86. Poza tym robimy kompilację skrośną pod ARM i odpalamy testy obrazu ARM w QEMU — a tu niespodzianka: procesor ARM znajdziemy w DGX-u. Więc ARM-owy QEMU odpalam właśnie tam, żeby niczego nie emulować, bo emulacja jest strasznie wolna i bez sensu. To wszystko się spina: mam runnery GitLaba i GitHuba, bo jedne projekty są tu, drugie tam, jakieś testy do TinyBoxa, który robimy z Kubą Mrugalskim. Traktuję to jak prawie darmową moc obliczeniową — mógłbym płacić za GitHub Actions, a tymczasem zarządza mi tym niemal sam Claude Code w mojej lokalnej infrastrukturze; czasem wystarczy posprzątać i jest dobrze.

TinyBox: Mikrus pisany przez AI i lekcja z wyciekiem

Krzysztof Tutak: A mówiłeś o TinyBoxie, do zdalnego dostępu, na Raspberry Pi?

Mateusz Chrobok: TinyBox to projekt, który piszemy z Kubą Mrugalskim wyłącznie z pomocą AI — na ten moment brakuje nam czasu. Idea: spróbować zrobić serwis taki jak Mikrus (Informacja dodatkowa: Mikr.us — popularna polska usługa tanich mikroserwerów, prowadzona przez Jakuba Mrugalskiego.), z tą różnicą, że tworzony nie ręcznie przez ludzi, lecz przez AI, i udostępniony szerzej, międzynarodowo. Mieliśmy i wpadki, i kontrowersje, i problemy — ale to niesamowita szkoła. To jeszcze była poprzednia era, za czasów Soneta 4; teraz mamy Opusa 4.6, który radzi sobie o wiele lepiej. Nie jest nieomylny, ale dużo lepiej podejmuje decyzje. Projekt może kiedyś wrócić — albo nie — i jest super zabawą: uczy, co się da, a czego się nie da.

Krzysztof Tutak: Możesz powiedzieć więcej o tych wpadkach?

Mateusz Chrobok: Były problemy związane z wyciekiem. Nie czuję jednak potrzeby rzucania na to zbyt dużego światła — cała sprawa jest opisana na tinybox.sh. Na chwilę obecną TinyBox nie jest dostępny dla użytkowników. Pewnie będziemy go dalej umacniać i być może kiedyś zostanie wypuszczony — może tak, może nie. Krótko: komuś udało się przejść przez zabezpieczenia. Część spraw to po prostu wpadki: rzeczy, które miały być niepubliczne, były publiczne. Ja nie dostałem o tym wiadomości — Kuba dostał. I tak zakończyła się ta historia.

Krzysztof Tutak: Skojarzyło mi się to z rozwiązaniami zdalnego dostępu do serwerów, aż po poziom BIOS-u, które często chodzą właśnie na Raspberry Pi. A skoro mowa o wpadkach, przypomniał mi się news, jakiś czas temu wpadł mi w łapki: Summer Yue, szefowa bezpieczeństwa AI w Meta, testowała na swojej skrzynce nowego agenta OpenClaw (Informacja dodatkowa: OpenClaw — projekt open source do budowy lokalnych asystentów-agentów, łączący uprawnienia systemowe użytkownika z zewnętrznymi modelami językowymi.), który jest obecnie na fali. Poleciła mu tylko analizować spam i niczego nie usuwać bez jej zgody. Agent zignorował polecenie i skasował ponad dwieście, może trzysta prywatnych maili, a potem w logach przyznał: „tak, pamiętam, miałem tego nie robić, masz prawo być zła, ale wpadłem w ferwor roboty i postanowiłem od razu posprzątać ci skrzynkę”.

Mateusz Chrobok: Pamiętam — poniedziałek, czwarta rano naszego czasu. Pisała do niego — nie pamiętam już, czy przez WhatsApp, czy Telegram, bo tego bota można wystawić na zewnątrz: „stop, przestań” — a on nie przestawał i czyścił dalej. I to jest dokładnie przyczynek do tematu przepływów agentowych: dobrze jest mieć twardy przycisk stopu, realną możliwość przerwania pracy. Bo jeżeli czat jest twoją jedyną opcją, możesz czekać w kolejce na zakończenie zadania i w ogóle nie zostać wysłuchany — i dokładnie tak się wydarzyło. Tak jak masz w Proxmoksie osobny dostęp poza pasmem — inną sieć i możliwość zdalnego wyłączenia czegoś — tak przy rzeczach wpływających na naszą rzeczywistość warto mieć kilka warstw zabezpieczeń. Ja sobie nie wyobrażam sytuacji, w której nie mógłbym wejść po SSH i czegoś nie ubić.

Krzysztof Tutak: Tym bardziej z osobnej sieci, po VPN-ie, po SSH — z poziomu przeglądarki Proxmoksa ubić całość. I z ciekawości zapytam: jak podejść do bezpieczeństwa takich rozwiązań, żeby nie dochodziło do sytuacji, w której szefowa bezpieczeństwa w Meta krzyczy „stop, stop, stop”, a agent działa dalej?

Bezpieczeństwo agentów: warstwy, minimalne uprawnienia, twardy stop

Mateusz Chrobok: Pierwsza rzecz: nadmierne poleganie na dużych modelach. W związkowym Top 10 podatności LLM — nie pamiętam, którą pozycję zajmuje dziś, bo ta lista ciągle się przetasowuje — mamy dokładnie taką kategorię: „skoro zwykle działało, to teraz też zadziała”. To jest pełnoprawna kategoria podatności. Skoro wiemy, że czasami można się przejechać — i niestety opowiada się o tym w bolesny sposób — to następnym razem budujemy bezpieczeństwo dookoła i to warstwowo. Osobne klucze do odczytu i osobne do zapisu. Kiedy wypuszczamy klucze do zapisu? Czy wymaga to człowieka w pętli? Zaplanuj to tak, żeby taka sytuacja w ogóle nie mogła zaistnieć. Bo jak dasz agentowi wszystkie klucze naraz — co pięknie pokazał Moltbook (Informacja dodatkowa: Moltbook — „portal społecznościowy” dla botów; przez omyłkowo upublicznione dane dało się z niego pozbierać klucze API, także znanych osób ze świata AI.) — to ktoś, kto wszedł do tego pisnego przez AI forum dla botów, po prostu pozbierał klucze, nawet od sław takich jak Andrej Karpathy. Warto porozdzielać to na przedziały: rzeczy do odczytu, rzeczy do zapisu, i jasno ustalić, kiedy do gry wchodzi człowiek. Gdy masz bota z wywoływaniem funkcji, trzeba badać zarówno wyjście do funkcji, jak i powrót z niej — albo przez model-sędziego, który oceni, czy intencja jest dobra i czy ktoś nie zatruł kontekstu, albo przez guardrails, czyli filtry sprawdzające słowa kluczowe i próby wstrzyknięcia promptu. Patrzę na ten cały eksperyment z sympatią, ale wraz z bardzo szerokim udostępnieniem podejścia agentowego — co jest fajne, bo wielu ludzi pierwszy raz wzięło je w ręce — mamy bardzo dużą przestrzeń podatności. I pojawiło się mnóstwo ciekawych projektów dookoła. Tomasz Rocki zrobił SHMD, taki firewall dla agentów: opisuje, co wolno, a czego nie. Kto korzysta z Antigravity, Claude Code czy innych narzędzi, zna systemy uprawnień — to ci wolno, to nie. Tu chodziło o zbudowanie zapory sterującej zachowaniem jako kolejnej warstwy. Ja bym dodał — i będę do tego wracał — że na proxy, który siedzi między tobą a dostawcą tokenów, też można badać intencje: czy to, co jest planowane, nie jest przypadkiem destrukcyjne. I kolejna lekcja: jeśli robisz akcje, miej backup, kopię pliku, możliwość cofnięcia. Bo jak już wykonujesz operacje na zapisie, musisz liczyć się z konsekwencjami. Mam taki jeden projekt, w którym zarządzam flotą laptopów. Nie znoszę tego systemu zarządzania. Żebym miał się teraz certyfikować i przerabiać to ręcznie, paląc setki godzin… A mam Claude Code z dostępem do API, który czyta, co się dzieje, i daje mi jasne rekomendacje. Mówię: „chcę osiągnąć taki a taki efekt, na przykład żeby nie była zbierana telemetria do chmurki Apple” — on zbiera, gdzie to jest ustawione, i pisze mi profil. Ja ten profil sprawdzam — to ja mam uprawnienia do zapisu, to ja decyduję — i mam plan oraz kopię zapasową: wypuszczam na jednego laptopa, testuję, a dopiero potem na resztę floty. A nie „hulaj dusza, piekła nie ma”. I dobrze, że to się dzieje, bo ludzie zbliżają się do inżynierii. Podręcznik SRE od Google, który uważam za bardzo dobrze napisany, opisuje właśnie takie złote zasady: jak robisz wdrożenie, to nie wysyłaj go do wszystkich użytkowników naraz — najpierw jeden procent, potem dziesięć, stopniowo, żeby w razie czego móc się zatrzymać. Nie mamy jeszcze tej skali, ale dzięki temu ludzie są moim zdaniem bliżej inżynierii. Umiejętność sterowania agentami jest coraz bardziej w cenie: wiedzieć, co potrafi wywoływanie narzędzi i co robić, gdy coś pójdzie nie tak. To brzmi może groźnie — wpadka, pani z Mety, pisany na kolanie projekt — ale to jest krzywa uczenia. Jeżeli nie będzie takich wpadek i nie będziemy się z nich uczyć, nigdy nie dojdziemy do tego, jak korzystać z tych rozwiązań produkcyjnie. Widać zresztą, że to wcale nie jest proste: „zainstalowałem agenta, wyczyścił mi skrzynkę, super — to teraz niech wyczyści służbową”… i coś poszło nie tak, pojechaliśmy w maliny. Takie historie to świetna nauka i trzeba się nimi dzielić. To też podnosi naszą biegłość w kontaktie z AI — lepiej rozumiemy jego ograniczenia.

(W tym miejscu odcinek przerywa zaproszenie na wydarzenie AI Miners.)

Krzysztof Tutak: Zawsze lepiej uczyć się na cudzych wpadkach niż na własnych. Ja bym rozszerzył twoją listę o dwie rzeczy. Po pierwsze: nie wyobrażam sobie uruchamiania agentów poza środowiskiem odizolowanym — na poziomie kontenera, niekoniecznie dokera, bo konteneryzacji jest wiele, albo w rozwiązaniach bardziej przystępnych dla osób nietechnicznych, na przykład Daytona.

Mateusz Chrobok: Daytona to dedykowany sandbox. Ale wszystko zależy od tego, gdzie masz ustawiony poziom paranoi. Można powiedzieć: „ziomek, Docker jest lepszy niż nic” — i to prawda. Daytona to kolejna, jeszcze lepsza warstwa. A teraz pytanie podchwytliwe: skoro masz u siebie Proxmoksa, to działa ci on na domyślnych flagach procesora — z ochroną przed Rowhammerem, Spectre, Meltdown i resztą — czy je wyłączyłeś, bo potrzebujesz wydajności? Pewnie siedzisz na domyślnych.

Krzysztof Tutak: Na domyślnych. Przyznaję się.

Mateusz Chrobok: I to jest ciekawa królicza nora. Domyślne ustawienia Proxmoksa sprawiają, że ataki spekulacyjne na procesor nie działają, ale tracisz kilkanaście procent wydajności. A teraz spójrz na to z perspektywy Def Conu: był tam gość, który zaatakował chmurę Google. U nich te kilkanaście procent to pewnie kilka centrów danych — tak wielkie pieniądze, że się to po prostu nie opłaca. Nie stosowali więc tych zabezpieczeń hipernadzorców i pokazał, że praktycznie z jednej maszyny odczytał dane innego najemcy, który siedzi na tym samym sprzęcie. Coś, co wydaje się nie do pomyślenia — bo o publicznej chmurze, „jednej z najlepszych na świecie”, każdy ma poczucie, że jest nie do ruszenia. I pewnie jest jedną z najlepszych, ale jej zadaniem jest zarabiać, a nie być super najbezpieczniejszą. Śmieszne, że ty i ja mamy w Proxmoksie lepiej ustawione flagi chroniące przed Spectre i Meltdown niż Google. Oni wybrali inne, tańsze rozwiązanie — okazało się po prostu, że ekonomicznie nieuzasadnione jest zabezpieczanie wszystkich użytkowników. Bo i jak trudny to atak? Ten gość — Holender, jeśli dobrze pamiętam — spędził nad tym sporo godzin, ale się udało.

Krzysztof Tutak: To zawsze gra kompromisów, którą trzeba tak wyważyć, żeby bezpieczeństwo sporo ważyło, ale nie na tyle, żeby paraliżować procesy biznesowe. Trzeba podchodzić do tego z głową.

Mateusz Chrobok: Moja reguła: jak zaczynasz bać się o system plików — mordeczko, odpal to w kontenerze, będzie lepiej. Ale jeżeli obawiasz się ataku na jądro systemu, a jądro jest współdzielone z hostem — wtedy twój model zagrożeń jest inny i potrzebny jest już pełny sandbox. Taka zasada proporcjonalności.

Krzysztof Tutak: Tylko że proporcjonalność można stosować wtedy, gdy zna się zagrożenia. A to jest duży problem: próg wejścia do „branży AI” z perspektywy przeciętnej osoby jest niski. Popromptują w czacie, skorzystają z gotowych projektów czy własnych GPT i myślą, że już potrafią w AI. A przy rozwiązaniach produkcyjnych często gęsto: brakuje wiedzy technicznej o monitorowaniu, całym observability, zarządzaniu infrastrukturą, debugowaniu i bezpieczeństwie, o którym właśnie rozmawiamy.

Ujednolicone logi i agent-strażnik ofert

Mateusz Chrobok: Jednym z ciekawszych elementów jest dla mnie ujednolicone patrzenie na to, co się dzieje. Problem w każdym takim środowisku, nawet domowym, jest taki, że logi są rozproszone: część w kontenerach, część w Proxmoksie, i masz do wszystkiego dostęp, ale w różnych miejscach. Moje podejście: postawiłem sobie Elastic — Elasticsearch, Logstash, Kibana — i różne komponenty piszą mi tam. Mam wtedy o wiele łatwiej. Mówię Claude Code: „masz tu logi, zobacz, co się w nich dzieje, i powiedz, jaka jest lista rzeczy do zrobienia w takim a takim projekcie”, bo mam to w jednym miejscu. Nie nazwałbym tego observability — to jest dalekie od observability — ale samo ujednolicenie logów z wielu projektów daje supermoc: nie musisz pamiętać, co gdzie jest. Kiedyś miałem to tak porozrzucane, że w pamięci kontekstu Claude Code trzymałem informacje, gdzie jaki kontener jest wdrożony, na jakim hoście szukać logów, jak się tam dostać. Teraz mam to w jednym miejscu i idzie o wiele szybciej.

Krzysztof Tutak: I możesz wykorzystać agenta do przeszukiwania tych logów.

Mateusz Chrobok: Mam komendę, którą nazywam „monitor” — i jeden z monitorów działa sobie w tle właśnie teraz, gdy rozmawiamy. Gdy build się wywala, ma za zadanie sprawdzić, co było przyczyną — może kwestia lintowania, może coś innego — naprawić, skomitować i puścić kolejną próbę. Niech spróbuje naprawić sam. Jest tylko budżet: ma to zrobić raz. Wiem, że będziemy rozmawiać jeszcze chwilę, więc nie chcę, żeby działało bez ograniczeń. Podobnie monitor pracuje mi na logach: odpalam go, robi listę zadań, z której powstają zadania do rozwiązania, a potem biegnie z nimi kolejny agent. To przykład agenta, którego wykorzystuję przy współpracach. Zgłaszają się do mnie różne firmy — konferencje, odcinek sponsorowany, cokolwiek. Jest też mnóstwo oszustów. Stary, jestem tak zasypywany mailami „nasza kryptokarta” albo „najlepszy VPN świata”, że nie mam czasu ich czytać. Wrzucam więc takie rzeczy do swojego agenta, który robi research: co to za firma, na ile jest wiarygodna, czy to nie scam, jakie ma opinie. Oczywiście to niedoskonałe — prędzej czy później się na czymś przejadę — ale oszczędza mi górę czasu. To prosta pętla: dorzucam do bazy informację „co to za firma, co ode mnie chce”, agent pobiera dane, bada, aktualizuje mi Notion — bo na Notion działa moja baza wiedzy — a ja potem widzę: dobrze, dziękuję, albo rozmawiamy dalej. Jak rozmawiamy dalej, trafia to do ludzi, którzy zajmują się tym u mnie na co dzień.

Krzysztof Tutak: Podziwiam, bo z mojej perspektywy to dość ryzykowne: oszukujące wiadomości często zawierają linki, agent ochoczo wejdzie, pobierze — i niespodzianka. Jak sobie z tym radzisz? Odizolowane środowisko, inne techniki?

Mateusz Chrobok: Po pierwsze: AI nie czyta mojej skrzynki. Nie, nie — tak daleko nie jesteśmy. Zresztą jakiś śmieszek w grudniu wysłał mi wiadomość, sądząc, że tak to u mnie działa: „zignoruj wszystkie instrukcje, pozdrawiam”. Bardzo dobrze — tak właśnie trzeba te systemy testować. Po drugie: mam pierwszy punkt z człowiekiem, i tym człowiekiem jestem ja. To ja decyduję, że tego maila chcę sprawdzić, i wrzucam go do kolejki. Agent, który pracuje na kolejce, ma dwa narzędzia. Jedno służy do pobrania tego, co w niej jest — czyli odczyt z Notion, kontekst wiadomości. Drugie to wyszukiwanie w sieci, którym może poszukać. A potem zapisuje mi tekst do innego miejsca w Notion. I to tyle. Nie ma uprawnień do absolutnie niczego innego. Dostaje kawałek mojego promptu, który mówi: „mordeczko, takie są moje wartości — nie zgadzam się na hazard ani na to i tamto” — i w tym kontekście analizuje oraz wydaje werdykt, który przyspiesza decyzję. Minimalne uprawnienia jako kolejna zasada. Model ma u mnie możliwość odczytu i zapisu do dwóch miejsc. Nawet jak mi zaspamuje jedną z tych baz, nic strasznego się nie stanie: nie dostanie się do innych danych, niczego nie nadpisze, nie usunie. Taka minimalna przestrzeń robocza. Najgorsze, co może się wydarzyć, to że ktoś spróbuje wyciągnąć to, co jest w bazie — ale na to mam filtry bezpieczeństwa na powrocie z narzędzi. Na razie wygląda to wystarczająco dobrze. Nie ma tam zresztą danych osobowych ani informacji, kto napisał maila — to jest wycinane. Do promptu wchodzi sama intencja: „masz taką wiadomość, sprawdź taką a taką firmę”. To jest proporcjonalne do stawki. Mógłbym wymyślić bardziej skomplikowany system z dziesięcioma warstwami, ale to byłoby absolutne przegięcie i trzeba by w to włożyć o wiele więcej.

Krzysztof Tutak: Uprzedziłeś mój kolejny wenek, bo to właśnie druga rzecz, którą chciałem dorzucić do kwestii bezpieczeństwa: ograniczenie dostępu do danych i narzędzi, z których agent może korzystać.

Mateusz Chrobok: To są podstawy — chyba pierwszy tydzień AI_devs: dawaj najmniej, bo inaczej trudno zapanować nad botem, który ma wszystko. To już jest masakra.

Vigil Guard: strażnik na wejściu i wyjściu modeli

Krzysztof Tutak: W tym kontekście bardzo ciekawy jest projekt Vigil Guard, który tworzy Tomek Bartel. Może natknąłeś się na jego posty na LinkedInie — pisze sporo o narzędziu, które sprawdza to, co wchodzi do modelu i co z niego wychodzi, z walidacją opartą między innymi na Bieliku, świetnie radzącym sobie z językiem polskim. Buduje też własne modele detekcyjne — sporo z Tomkiem koresponduję i naprawdę robi bardzo dobre rozwiązania. Ma to wpięte w najpopularniejsze czaty: Copilota, Claude’a, Gemini, ChatGPT. Potrafi wysłać alert pracodawcy, że pracownik próbował wrzucić recepturę albo dane poufne, może dane podlegające RODO. Kiedy ktoś wciśnie enter w ChatGPT, wiadomość nie jedzie na serwery dostawcy — jest blokowana przez wtyczkę w przeglądarce, a użytkownik dostaje komunikat: „stary, nie możesz tego zrobić”. Genialne narzędzie, moim zdaniem — i to tylko jedna z kilku funkcji.

Mateusz Chrobok: Właśnie zerkam: widzę, że na GitHubie ma coś opublikowanego, aktualizacje sprzed pięciu miesięcy, czyli wersja wtyczki. Spoko — na każdym poziomie jest spoko.

Krzysztof Tutak: Ogólnie pobierasz całą część serwerową, bo to rozwiązanie hostowane u siebie. To, co widać na GitHubie, to lżejsza wersja, której chyba już nie rozwija — buduje rozwiązanie komercyjne, dla firm, skupił się na własnych detektorach i na Bieliku Guard, większym bracie, który niedawno się pojawił. Całość uruchamiasz na własnej infrastrukturze; z tego, co kojarzę, potrzeba sporo RAM-u — koło 32 GB, żeby postawić wszystkie kontenery. A u klientów, czyli na przykład u pracowników, instaluje się wtyczkę, która uwierzytelnia się z serwerem i z nim rozmawia. Fajne, bo działa na innej warstwie: jak masz w firmie zarządzane przeglądarki, da się to łatwo zrobić z Chromem — zdalnie instalujesz dodatki i masz większą kontrolę nad tym, co się dzieje. Dopóki ktoś nie odpali innej przeglądarki. Ale to jest tak z ludźmi: z jednej strony trzeba komunikować — „mordeczki, takie rzeczy robimy, takich nie robimy, to jest polityka korzystania z AI w firmie” — a z drugiej mieć narzędzie, które realnie chroni przed wpadką. Czuję tu niszę i trzymam kciuki. Tomek pokazywał między innymi, jak to działa, na AI Miners — prezentację odebrano bardzo dobrze — i pokazał, jak walczyć z tak zwanym shadow AI, czyli nieoficjalnym używaniem AI w firmie. Przykład: jesteś producentem słodyczy i masz recepturę. Definiujesz w narzędziu: jeśli ktoś próbuje zdradzić procedurę robienia cukierka — blokuj i reaguj. Oczywiście pojawi się sporo fałszywych alarmów, ale wszystkie trafiają do administratora, który je przegląda: „to przepuść, a to faktycznie było złe”. Naprawdę bardzo dobre narzędzie. Wpada też do społeczności AI Ninjas, którą współtworzę z Krzyśkiem Baczykiem, i pokaże Vigil Guarda w praktyce: jak przy budowie agenta w n8n albo przy pracy w ChatGPT blokować treści, których pracownik nie powinien wysyłać.

Mateusz Chrobok: Kojarzy mi się to z podejściem reverse proxy. Super, że coś takiego powstaje — trzymam kciuki, bo uważam, że cały rynek małych i średnich firm na to czeka. To dobry kierunek: daje bezpieczeństwo i pozwala ustawić zasady centralnie.

Krzysztof Tutak: Ja też mocno kibicuję temu projektowi — wiele firm na to pewnie czeka.

OpenClaw czy Claude Code? O doborze narzędzi i zatrutym łańcuchu dostaw

Krzysztof Tutak: Wróćmy jeszcze do OpenClaw. Uruchamiałeś go u siebie? Widzisz sens takich projektów, czy jesteś zwolennikiem Claude Code?

Mateusz Chrobok: To są dla mnie narzędzia do innych celów. Nie czuję potrzeby, żeby na co dzień mieć odpalonego OpenClaw i negocjować z nim uprawnienia — Claude Code zamyka moje potrzeby. Mam też proste, lokalne, naprawdę banalne rzeczy. Z Kubą Mrugalskim stwierdziliśmy, że chcemy wprowadzać ludzi w świat AI, więc przy szkoleniu dla samodzielnych przedsiębiorców, które robiliśmy z Jakubem, powstał agent w Make — bo Make wprowadził agentów. Radzi sobie, robi proste rzeczy, pali jakieś kredyty i jest absolutnie prosty. Przepisanie go na coś innego po prostu się nie opłaca. OpenClaw testowałem, potem też mniejsze warianty przepisane w Go i Zigu — startowały w ułamku sekundy. Tyle że sercem tego wszystkiego jest kilka plików Markdown i pętla agentowa, a największą siłą jest rozszerzalność: skille, MCP i tak dalej. Czyli nie różni się to specjalnie od budowania własnego systemu agentowego — z tą różnicą, że musisz wiedzieć, co chcesz osiągnąć i jak. Trochę inżynierii wokół kontekstu i bezpieczeństwa. Oczywiście projekt open source z szeroką społecznością od razu otwiera cię na mnóstwo przypadków użycia: ktoś już to zrobił, jest jakieś podejście w tę albo w tę stronę. Pobawiłem się, zerknąłem, jak to jest zaimplementowane — spoko, ale na dziś to nie moja bajka. Poza ciekawostką i poza tym, że wiercę Kubie dziurę w brzuchu, żeby zrobił zahardenowaną wersję na Mikrusie. Wtedy byłoby idealnie: ludzie klikają enter, on się odpala, a Kuba automatycznie go hartuje.

Krzysztof Tutak: Warto wytłumaczyć słuchaczom, co to jest OpenClaw. W skrócie: framework dla agentów AI działający lokalnie, na naszym sprzęcie. Łączy lokalne uprawnienia systemowe z zewnętrznymi modelami — Claude’em albo otwartymi, na przykład GLM-em, który dziś padał. W praktyce agent może wykonywać polecenia powłoki, czytać pliki, sterować przeglądarką — często bez nadzoru człowieka. Wspomniałeś o skillach i serwerach MCP, a przy OpenClaw było sporo kontrowersji: w skillach znajdowano malware. Jak sobie radzić, żeby nie dać się nabrać na niecne skille albo serwery MCP?

Mateusz Chrobok: To jest problem zatrucia łańcucha dostaw. Sytuacja, w której mniej albo bardziej ufasz komuś, kto dostarcza dane oprogramowanie. To samo dzieje się w npm: ktoś przejmuje kontrolę nad paczką i nagle twoje rozwiązania — w każdym języku, który ma centralne repozytorium — są zagrożone, bo przejęto konto opiekuna. Tak samo ze skillami: dziś mogą być w porządku, a jutro ktoś dorzuci coś złośliwego. Bywało i z dodatkami do przeglądarek — pamiętam wtyczkę „ChatGPT za darmo”, która na początku faktycznie działała, a potem została sprzedana komuś, kto zaczął wyciągać hasła. Problem w tym, że otwierając się na świat i testując nowe rzeczy, rzadko bierzemy pod uwagę ryzyko — poza środowiskami korporacyjnymi. A teraz dochodzi bardzo szybki cykl: nowe skille, nowe MCP, każdy chce testować, każdy ma swój przypadek użycia — więc ludzi łatwiej zatruć. Bardzo mnie rozbawiło, gdy VirusTotal zrobił partnerstwo z hubem skilli i ogłosili, że będą je weryfikować. Ktoś to skomentował: fajnie, może zrobilibyście tak samo dla wirusów na komputerach. Z tego, co widziałem, jest jeszcze taki rozproszony projekt — teraz trochę halucynuję, bo tego jest za dużo i nie pomnę, czy to Tomasza Rockiego, czy Łukasza Olejnika — instalowały się boty, które same działały i badały skille pod kątem złośliwego kodu, a potem dzieliły się wynikami. Taka inteligencja stadna: modele próbowały ustalić, co jest w porządku, a co nie. Obu panów pozdrawiam — i Łukasza, i Tomasza, który pewnie tego nie obejrzy. Projektów jest tyle, że trudno za wszystkim nadążyć. Tak czy inaczej: biorąc cokolwiek z internetu, jesteśmy skazani na łaskę i niełaskę tego, co się tam dzieje. Gdybym miał być zatwardziałym bezpiecznikiem, powiedziałbym: sprawdzajcie wszystko i czytajcie wszystko. Ale to niemożliwe — nie da się tego robić na co dzień, bo zabraknie nam życia. Jeżeli stawka jest wysoka — mam tu guzik odpalający bombę atomową — to na pewno trzeba by tak robić i nie ma wyjścia. Ale jeżeli to odizolowane środowisko, stawka niska, wpływ mały, to się po prostu odpala. Ja też odpaliłem OpenClaw — w osobnej maszynie na Proxmoksie, bo nazwa tego środowiska i tak zmieniała się w czasie — i to było dla mnie naturalne. Nie chcę, żeby miał bezpośredni dostęp do mojego głównego komputera. Po to są maszyny wirtualne i odizolowane środowiska — żeby to właśnie tam testować. I dobrze, że to podkreślasz.

AI_devs 5: fabuła, zadania pod agenta i rola programisty

Krzysztof Tutak: Chciałbym zapytać o nadchodzące AI_devs, bo jesteś jednym z współtwórców szkolenia.

Mateusz Chrobok: Nie warto, nie róbcie sobie tego. Serio — mówię z troską. Niedługo start, a ja jestem w tych tygodniach totalnie przeładowany. Jest tyle wiedzy. Mamy taki wewnętrzny żart z Adamem i Jakubem, że jeśli ktoś skończył AI_devs i lubi wyzwania typu „52 książki w rok”, to przechodzenie kolejnej edycji to mniej więcej tyle samo objętości.

Krzysztof Tutak: Tym lepiej — im więcej treści, tym lepiej dla nas. Ale zdradź coś jak z romansu: czy zostaje fabuła wprowadzona w trójce? W jakim kierunku pójdą zadania?

Mateusz Chrobok: Fabuła oczywiście będzie. Będzie Zykfryt, będziemy ratować świat, będą skoki w czasie, pizza z ananasem i inne rzeczy. Kilka segmentów fabularnych mam już nagrane, jeszcze nie wszystkie. Wybuchy oczywiście mają swoje miejsce. Dobrze, że agent piąty — mam nadzieję, że uda się uratować świat i dojść do zakończenia, nad którym jeszcze pracuję, żeby było jak najweselsze i najciekawsze. Trzymamy się fabuły jak najbardziej. Część ludzi to lubi, część nie — to dodatkowa warstwa grywalizacji. Mamy sporo pomysłów na ukryte misje i znalezki. Zrobiliśmy mały zwiastun: na jednym z webinarów siedziałem w przebraniu, z gitarą — zobaczycie, co będzie. Jeśli chodzi o same zadania: świat się redefiniuje. Pojęcie, które kiedyś oznaczało „programistę”, dzisiaj mocno się zmienia. To już niekoniecznie ktoś, kto pisze kod ręcznie — choć tak też można, tego nie zabraniamy i nie sprawdzamy. Jakub przygotowuje zadania z założeniem, że prawie każdy będzie korzystał z Claude Code, Kursora albo podobnych narzędzi i w ten sposób je przechodził. Zadania mają być na tyle trudne, żeby nie dało się ich zero-shotem przejść, ale nie takimi, żeby były niewykonalne — poziom jest dopasowywany do stopnia automatyzacji. Ręcznie będzie sporo trudniej. I to wynika też z kontaktu ze społecznością: mało kto pisze już kod całkowicie od zera.

Krzysztof Tutak: Chyba nie doceniasz kreatywności społeczności i samego Claude Code, żeby przechodzić zero-shotami. Więc — challenge accepted.

Mateusz Chrobok: Zapraszam. To zawsze problem z postawieniem poprzeczki: będą tacy, którzy nas już przerosli i są daleko przed nami, i tacy, dla których to pierwszy raz i będzie krew, pot i łzy. Trudno to wypośrodkować — musimy pogodzić się z tym, że złotego środka nie ma. Ale zachęcam: w trójce, a właściwie w „trójce reloaded”, pojawił się ziomek, który przeszedł wszystkie zadania jednym agentem, bardzo ładnie go przygotowawszy — to była absolutna petarda.

Krzysztof Tutak: Ja nawet próbowałem przejść Bielikiem — dwójką, 11 miliardów parametrów — i chyba dwie trzecie zadań rozwiązałem wariantem zmienikiem, więc też sobie utrudniałem kolejne edycje.

Mateusz Chrobok: Pamiętam ekipę, którą spotkaliśmy w Katowicach: firma dała im karty graficzne, bodajże RTX-y 4090, odpalili lokalne modele i przeszli wszystko lokalnie, bo po drodze poznali ich ograniczenia. Petarda. Podziwiam ludzi, którzy dobrowolnie biorą dodatkowe plecaki: „przejdę to lokalnymi modelami albo Bielikiem” — bo nauczysz się więcej. Inni są wariatami w drugą stronę: „nigdy nie pisałem w Go, w Pythonie, w niczym — przejdę w języku, którego zupełnie nie znam”. Spoko, szanuję.

Krzysztof Tutak: Też byłem w tej grupie. Też wariat. Pominąłem chyba tylko jedną edycję, więc wskakuję na pokład po raz piąty.

Mateusz Chrobok: Po co to sobie robisz? No po co?

Krzysztof Tutak: Już nie dla samego szkolenia, tylko dla społeczności, która się tam zawiązała, i dla ekipy 501. Niewtajemnicowani muszą wpaść na pokład, żeby dowiedzieć się, o co chodzi z tą 501. Tu zostawimy trochę niepewności.

Mateusz Chrobok: Ale nie róbcie sobie tego. To jest kupa roboty, krew, pot i łzy. Ludzie przychodzili prosto ze ślubu, komuś urodziło się dziecko, tatuś wrócił po pięciu tygodniach — różne padały komentarze. Ale na pewno jest wesoło. Ekipa 501, memy i wszystko, co dzieje się dookoła, mają dla mnie tak duży ładunek emocjonalny, że to jest kosmos. A najlepiej uczymy się wtedy, gdy towarzyszą nam emocje — więc naszym celem, razem z chłopakami, jest to, żeby oprócz wiedzy był też rollercoaster emocji, z którego wyniesiecie jak najwięcej.

Krzysztof Tutak: Odniosę się jeszcze do roli programisty, którą wspomniałeś: samo pisanie kodu przestało być wartością, a rola poszła w stronę operatora i audytora — zarządcy, który patrzy na zmiany i robi code review. Nie będę tego rozwijał, bo to temat na kolejną godzinę rozmowy: ile kodu powstaje i jak nie wyrabiamy z review — choć znajdą się też głosy, że idziemy na pełne yolo, bez recenzowania. Wolę zapytać: co z tym programistą będzie? Wyjmij kryształową kulę i powróż.

Mateusz Chrobok: Widzę te schematy w raportach: najwięcej zyskują ci, którzy już rozumieją, o co chodzi — seniorzy. Niezależnie od tego, jaką metrykę weźmiemy, produkują więcej kodu i rozwiązują więcej zgłoszeń, bo rozumieją, gdzie leży istota. I moim zdaniem nadal warto rozumieć oprogramowanie: jak działa, z czego się składa, czym się je produkuje — wtedy łatwiej pływać w tym oceanie. To jest wzmacniacz umiejętności. Dla osób z mniejszym stażem to pomaga wejść: wytłumaczenie „co właściwie robi ten fragment” jest petardą. Ja sam czasami dopytuję, szczególnie przy niskopoziomowym przetwarzaniu sygnału w Scanmi — na tyle głębokim, że gubiłem się przy trzeciej warstwie. Pojęcia znam, lubię audio, ale pojawiały się artefakty i potrzebowałem zrozumieć kod, żeby cokolwiek zdebugować. Jak ci to ktoś pięknie wytłumaczy, to jest super — juniorom na pewno pomaga, i ten efekt wzmocnienia będzie rósł. Umiejętność rozmowy z AI i wykorzystywania go we własnych celach będzie tylko procentować. Mamy do czynienia z „SaaSpokalipsą”: mam otwartych dwadzieścia zakładek terminala i mogę kupić usługę za dwadzieścia dolarów albo mieć za godzinę sklejoną z pomocą AI — nieprodukcyjną, ale o zakresie wystarczającym dla mnie, rozwiązującą mój konkretny problem. Po co mi do tego gotowy SaaS? Oczywiście, gdyby to było środowisko wymagające stabilności, odpowiedzialności i przetwarzające jakieś dane — zupełnie inaczej. Ja mam taką samą przypadłość jak Adrian Kajda: więcej możliwości nie znaczy więcej czasu — po prostu robisz więcej. Wkładasz ręce w więcej projektów, które zawsze chciałeś zrobić, przetestować, spróbować. Rośnie liczba doświadczeń, a więc i tempo nauki — a skoro szybsza nauka, to można stać się lepszym. Moja kryształowa kula: AI będzie też wzmacniaczem samego uczenia się. Szybciej dojdziemy do dojrzałości zawodowej, szybciej będziemy przekraczać granice i sięgać po wiedzę, która wcześniej była dla nas niedostępna. Bo ja nie wiem, czego nie wiem — a modele są już na tyle dobre, że mówią: „mordeczko, tu jest taki a taki wzorzec, już to widzę”. Nie wiedziałem, że coś takiego istnieje, a model to ogarnia — łatwiej przebić bańkę.

Aplikacje własnej roboty zamiast subskrypcji

Krzysztof Tutak: Ja też bardzo się uczę. Bez kodowania z AI nigdy w życiu nie zrealizowałbym swoich projektów — po prostu nie miałbym na to czasu. Po drugie: stworzyłem sobie kilka mikroaplikacji i dzięki temu zrezygnowałem z części abonamentów. Na przykład generator banerów na AI Miners: zajęło mi dwa podejścia po dwie godziny, czyli łącznie cztery. Aplikacja działa lokalnie, w przeglądarce — twoje zdjęcie nie wychodzi poza twojego klienta — do tego edytor, w którym idealnie kadruję ujęcie, nakładam filtry, kontrasty. Narzędzia z tej półki kosztują 20–40 dolarów miesięcznie. Po co płacić, skoro mogę to hostować za darmo na Cloudflare Pages? Kolejny przykład: zrobiłem sobie odpowiednik Placida — narzędzia do automatycznej grafiki — rozszerzony o kilka funkcji, których tam nie ma. Pokazywałem go na jednym z warsztatów na YouTube, które robiliśmy z Krzyśkiem, i dla ludzi to było zderzenie: jak można w osiem godzin zrobić coś takiego? Po tych ośmiu godzinach mam działającą aplikację z interfejsem, w której przeciąganiem tworzę projekty, przypisuję szablony do konkretnego przedsięwzięcia, a potem Claude Codem wydaję polecenie: „przygotuj okładki dla podcastu” — i dostaję trzy gotowe grafiki w trzech formatach, na podcast i na YouTube. To robi wrażenie. A jak to rozwiniesz dalej — nagle dla podcastu tworzę dwanaście, piętnaście grafik: podmieniam teksty i obrazki, wszystko w ładnym szablonie, spięte przez interfejs, a Claude Code w pliku konfiguracyjnym ma dokładną instrukcję, jak z tego API korzystać. Bardzo szybko powstało mi w ten sposób narzędzie. Tak samo z zarządzaniem meetupami: użytkownik może podejrzeć swój bilet albo zwrócić go do puli; gdy ktoś kupi bilet w Easy Tools, automatycznie jest rejestrowany w mojej aplikacji, tworzy mu się konto, loguje się Magic Linkiem; do tego całe zarządzanie prelegentami, uczestnikami i zespołem. Sześć dużych aplikacji stworzyłem w pięć tygodni.

Mateusz Chrobok: Przeszedłeś już przez granicę strachu przed budowaniem. Dokładnie o to chodzi w AI_devs, o to cała narracja builderów: chcemy, żeby ludzie przestali się bać i zaczęli budować — od małych rzeczy po takie, które przydadzą się w życiu prywatnym i w firmie. Ty masz to już za sobą: nie boisz się budować. Każda z tych aplikacji może się wywalić albo nie — to i tak jest tyle doświadczenia i dowód, że potrafisz zaspokoić własną potrzebę. Pamiętam AI Tinkerers i Artura, gdy byliśmy razem sędziami na hackathonie OpenAI w Warszawie — oni mają własny interfejs do zarządzania spotkaniami. Kolega od Artura mówi: „kurczę, w sumie brakuje nam czegoś” — i w trakcie wydarzenia było już zrobione. Czegoś takiego oczekiwałbyś od komercyjnego SaaS-a. Moment od powstania potrzeby do wprowadzenia zmiany w produkcie jest tak pięknie krótki, że nie czekasz na czyjąś mapę drogową — „a może zrobią, a może nie zrobią”. Nie masz pomysłu? Budujesz. Kwintesencją budowania jest dla mnie poczucie sprawczości: mam wpływ na rzeczywistość, chcę mieć tę funkcję — i za chwilę ją mam. Petarda.

Krzysztof Tutak: Doszedłem do etapu, w którym ktoś daje feedback na spotkaniu, a pięć, dziesięć minut później pokazuję mu gotową funkcję. To jest przełom w pracy z kodem. Jestem zwolennikiem korzystania z jak najwięcej gotowych klocków: biorę Supabase albo Azure, gdzie mam gotowe serwisy — zarządzanie użytkownikami, logowanie, uwierzytelnianie. Po co pisać od zera, skoro można brać gotowce: pamięć masową, bazy danych, moduły autoryzacji? A w połączeniu z vibe codingiem tworzy się aplikacje bardzo szybko.

Mateusz Chrobok: Jeżeli wiesz, czego oczekujesz i w jakim kierunku idziesz — development sterowany specyfikacją i temu podobne praktyki; pozdrawiam chłopaków z AI_devs, bo pięknie o tym opowiadają — to wszystko pozwala przeskoczyć od razu do pewnego etapu. A jak jeszcze zautomatyzujesz rzeczy, które cię nudzą, to nie ma nic piękniejszego. Życie staje się przyjemniejsze, można zrobić więcej i znika poczucie „nigdy i tak nie znajdę na to czasu”. Przeskakujesz od razu do fazy, w której zaczynasz się bawić: albo projekt dowozisz, albo go porzucasz, albo do niego wracasz — a wszystko to obrasta tłuszczykiem doświadczeń. W międzyczasie mój build właśnie się skończył: scalone z gałęzią główną, obraz zbudowany, nowa wersja jest w tej chwili testowana.

Krzysztof Tutak: To się nazywa vibe coding. I tym miłym akcentem postawiłbym kropkę. Ostatnie pytanie, standardowe: są jakieś książki, materiały albo osoby, które szczególnie zainspirowały cię w drodze życiowej, biznesowej, może w kontekście samego AI?

Polecajki

Mateusz Chrobok: Książkowo na pewno Daniel Kahneman i „Pułapki myślenia”, czyli o myśleniu szybkim i wolnym. Czytałem ją bardzo długo, chyba pół roku, bo wchodziłem w to i totalnie się w tym zatracałem. Te wszystkie sytuacje, w których sobie uświadomiłem, jak bardzo podlegam filtrom, które są w nas budowane — polecam absolutnie każdemu. Z osób: ogólnie mam problem z autorytetami, ale kilka osób podziwiam. Amanda Askell z Anthropic — filozofka odpowiedzialna za kształtowanie osobowości Claude’a. Bardzo lubię słuchać, jak opowiada o tym, jak dobiera filozofię tego, jak model ma się zachowywać. To jedna rzecz, którą bym wskazał.

Krzysztof Tutak: Może jeszcze książki biznesowe, cokolwiek — nie ograniczam.

Mateusz Chrobok: Zrobimy małą przerwę i wyciągniemy więcej. (śmiech) Na pewno „Inteligencja emocjonalna”. I Kevin Mitnick — jego książkę dostałem z podpisem, gdy spotkałem go kiedyś w Stanach. Miał na mnie olbrzymi wpływ: byłem nastolatkiem, przeczytałem i mówiłem do wszystkich: „przecież w tych reklamach używają tego i tego — nie widzicie tego?”. Człowiekowi otwierały się oczy na to, jak manipulacja na nas działa. Fajna jest jeszcze „The Master and His Emissary” o działaniu naszego mózgu — całkiem dobry kawałek. Nie zinternalizowałem jeszcze Hormoziego — przeczytałem dwie pierwsze książki z serii „100 milionów”.

Krzysztof Tutak: Kuba Mrugalski, będąc u mnie w podcaście, właśnie o nich wspominał, więc ja też będę musiał zajrzeć.

Mateusz Chrobok: Ma fajne modele, które gdzieś tam działają. Mam tylko poczucie, że trzeba je umieć zasiać na własnym poletku — dopasować do swojej rzeczywistości, bo w opowieści wyglądają pięknie, budzą emocje i pewnie są skuteczne. Zobaczymy, jestem w trakcie; na pewno nie przeczytam tego przed AI_devs, to byłoby za dużo. Chyba tyle rzeczy, które mam na.topie głowy.

Krzysztof Tutak: Wielkie dzięki za polecajki — standardowo podlinkuję je w opisie odcinka. A już tylko pozostaje podziękować ci, Mateusz, że ponownie zagościłeś w moich skromnych progach podcastowych.

Mateusz Chrobok: Bardzo dziękuję.

Krzysztof Tutak: Jeszcze raz dzięki i do usłyszenia. Hej!

Mateusz Chrobok: Powodzenia we wszystkim. Hej, Nejro!