O czym jest ten film
- Jeremy Grantham — 87-letni inwestor z 60-letnim stażem, współzałożyciel GMO, które w szczycie zarządzało 165 mld dolarów — nazywa AI największą bańką inwestycyjną w historii Ameryki.
- Wielkie bańki historycznie rodziły się wokół przełomowych technologii: kolei żelaznej, internetu. Nie były oszustwem — i właśnie dlatego przyciągały za dużo kapitału, a kończyły krachem. Amazon w latach 1999–2001 stracił 92 procent.
- Według Granthama od obecnych szczytów spadek najmocniej rozkręconych spółek o 70 procent „nie byłby zaskoczeniem”; po wielkich krachach (1929, Nifty 50 w 1972) gospodarki czekały długie, ciężkie okresy.
- Zasada numer jeden dla przeciętnego człowieka: dywersyfikacja — obligacje, gotówka, trochę metali szlachetnych; z akcji preferuje rynki poza USA (ok. 60 proc. portfela w szerokich indeksach globalnych bez Ameryki).
- Wielkie domy inwestycyjne i doradcy nigdy nie powiedzą klientom „sprzedawaj, rynek jest przewartościowany” — to dla nich zabójstwo biznesowe. Trzeba samemu patrzeć na dane.
- Wcześnie wyjście z bańki bywa karane: GMO było o 2,25 roku za wcześnie w 1998 r. i straciło połowę klientów, zanim przyszło potwierdzenie.
- Rada dla founderów: zablokuj finansowanie, póki okno jest otwarte, i buduj konserwatyzm na gorsze czasy.
- Wielka Siódemka (Alphabet, Nvidia, Tesla, Microsoft, Meta, Apple, Amazon) przechodzi z siedmiu osobnych, spokojnych monopolii do walki siedmiu zawodników w jednym ringu — AI.
- Robotyka plus tania inteligencja to według obu rozmówców zagrożenie dla wielu miejsc pracy; na wagę rosną umiejętności praktyczne — naprawy, inżynieria, nauka — oraz lokalne więzi.
- Druga połowa rozmowy: gwałtowny spadek płodności (stężenie plemników ze ~100 mln/ml w 1970 r. do ~35 dziś), toksyny z plastików i pestycydów oraz rozpad kontraktu społecznego w USA na tle Europy i Japonii.
10 najważniejszych takeaways — z kontekstem zastosowania
1.Świetna technologia to nie to samo co dobra inwestycja
Na czym polega: Bańki rodzą się wokół naprawdę wielkich idei — kolei, internetu, AI — bo wszyscy widzą zmianę świata i wszyscy wchodzą jednocześnie. Amazon w 1999 r. zdrożał sześcio-siedmiokrotnie, by potem spaść o 92 proc., i dopiero „z gruzu odziedziczył handel detaliczny”. Technologia wygrywa, ale akcje po drodze mogą zginąć.
Jak stosować: Oddziel w swojej analizie dwie tezy: „czy ta technologia zmieni świat” (często tak) i „czy ta cena już to wycenia” (często nie). Oceniaj wycenę niezależnie od entuzjazmu wobec produktu.
Na co uważać: Najbardziej oczywiste, medialne historie przyciągają najwięcej kapitału — a im większa bańka, tym większy krach. Nie uzasadniaj zakupu samym „to jest przyszłość”.
2.Dywersyfikacja: obligacje, gotówka, odrobina metali
Na czym polega: Reguła numer jeden Granthama: trzymaj trochę obligacji (po prostu pożyczasz pieniądze państwu albo spółce za stały procent), trochę gotówki i ewentualnie niewielki procent w złocie czy srebrze. Obligacja to nic tajemniczego: 10-letni obligat amerykański płacił w chwili rozmowy ok. 4,5 proc. rocznie.
Jak stosować: Określ część portfela, która ma być „nudna i odporna” — obligacje o różnych terminach, bufor gotówkowy, ewentualnie metale jako ochraniacz. To jest częściowo informacyjnie: w USA da się kupować obligacje bezpośrednio (treasurydirect.gov), w Polsce odpowiednikiem są detaliczne obligacje skarbowe dostępne bezpośrednio.
Na co uważać: Kupując obligacje na rynku wtórnym, płacisz cenę rynkową (np. 92 albo 107 proc. wartości nominalnej), nie zawsze równą 100. I pamiętaj o ryzyku kredytowym emitenta — obligacja skarbowa USA i spółki z widelcem ratingowym to dwa różne światy.
3.Rozważ ekspozycję poza USA
Na czym polega: Grantham proponuje przeciętnemu inwestorowi ok. 60 proc. w szerokim indeksie akcji z wyłączeniem Ameryki (rynki wschodzące, Europa, Japonia, Kanada, Australia), 5–10 proc. w metalach szlachetnych, resztę w obligacjach. Argument: akcje USA są jego zdaniem poważnie przewartościowane — porównywalnie lub gorzej niż w 2000 r., po którym amerykański rynek przez dekadę tracił realnie.
Jak stosować: Jeśli masz portfel oparty wyłącznie na S&P 500, sprawdź, jak wygląda wersja „świat bez USA” albo rynki wschodzące w ofercie swojego brokera czy funduszu. W crowdingu na jednym rynku tkwi ryzyko, nie w samym produkcie.
Na co uważać: To opinia jednego inwestora, nie porada inwestycyjna — Grantham bywał o 2 lata za wcześnie i przez ten czas „wyglądał na mylącego się”. Stawki walutowe i płynność rynków wschodzących potrafią tę strategię mocno wstrząsnąć.
4.Nie czekaj, że doradca ostrzeże Cię przed krachem
Na czym polega: Analitycy dużych domów wiedzieli w 1999 r., że rynek jest przewartościowany — na spotkaniu towarzystwa analityków 400 ekspertów przyznało, że powrót wskaźników do normy gwarantuje bessę, a 99 proc. uważało, że tak się stanie. Publicznie jednak firmy mówiły: „Jeremy, nie denerwuj się, damy sobie radę”. Mówienie „sprzedawaj” to dla nich utrata biznesu.
Jak stosować: Traktuj komunikaty branży finansowej jak materiał marketingowy. Sam spójrz na proste dane historyczne: wskaźniki wyceny (cena/zysk), przebieg poprzednich baniek, tempo wzrostu wydatków inwestycyjnych. Bańka według Granthama „nie jest trudna do zauważenia” — płaski krajobraz i nagle himalajski szczyt.
Na co uważać: Kto ma interes w utrzymaniu status quo, ten znajdzie powody do optymizmu. Ale uwaga działa też w drugą stronę: pesymiści też sprzedają strach. Decyzja i odpowiedzialność są po Twojej stronie.
5.Bycie wcześnie wyglądem nie różni się od bycia w błędzie
Na czym polega: GMO ostrzegało przed bańką internetową 2,25 roku za wcześnie — i w tym czasie straciło połowę klientów, bo rynek cały czas rósł. W hossie fundusz, który nie nadąża za rynkiem, jest zwalniany natychmiast; w bessie wszyscy zastygają i liczenie strat przychodzi dopiero po dniu.
Jak stosować: Jeśli decydujesz się na defensywę, zapisz z góry hipotezę i horyzont („wychodzę, bo wycena X, akceptuję 2–3 lata gorszych wyników”) — to jedyny sposób, żeby nie porzucić strategii w połowie. W biznesie: buduj bufory zanim będą potrzebne, nie wtedy, gdy wszyscy je już szukają.
Na co uważać: Największym wrogiem nie jest sam krach, lecz cierpliwość — Twoja i klientów. Rynek potrafi dłużej pozostawać nieracjonalny, niż Ty utrzymasz spokój.
6.Founderzy: zamknij finansowanie, póki okno otwarte
Na czym polega: Founder z 300 mln dolarów zebranych w AI powiedział Bartlettowi, że przed krachem podniesie maksymalnie dużo kapitału, a potem „jak sęp” wykupi osłabionych konkurentów. Grantham: dobrze kombinuje. Ogólna zasada: jeśli możesz zablokować pieniądze — zrób to; jeśli możesz działać ostrożniej — działaj.
Jak stosować: Jeśli Twoja firma żyje z kapitału inwestorów, potraktuj pulę środków jako zapas „przetrwania zimy”: wydłużaj runway, odkładaj decyzje wymagające finansowania zewnętrznego, rozważ raczej zabezpieczenie linii niż rozrzutność na wzrost. Przygotuj też listę potencjalnych przejęć na czas, gdy wyceny spadną.
Na co uważać: Okno może się zamknąć szybciej, niż planujesz — Grantham mówi o dniach, tygodniach, miesiącach, „a na pewno latach”. I nie pomyl zapasu gotówki z brakiem tempa w produktach, które faktycznie działają.
7.Rynek ekstrapoluje dziś — a świat się obraca
Na czym polega: Amerykańskie akcje dominowały 20 lat, więc wszyscy zakładają, że tak będzie zawsze. Tymczasem w ostatnich 12 miesiącach (przed nagraniem) rynki wschodzące dały według Granthama ok. 65 proc., a S&P 500 — 25 proc. Giełda nie wycenia przyszłych zysków chłodno: mnoży dzisiejsze czasy dobre przez wysokie mnożniki, a złe — przez niskie.
Jak stosować: Przy każdej decyzji inwestycyjnej zapytaj: „co tu jest ekstrapolacją ostatnich kilku lat?”. Dlatego reguła rotacji: to, co dziś wygrywa, rzadko wygrywa dekadę — planuj reakcje na scenariusz, w którym lider się zmienia.
Na co uważać: Ekstrapolacja w drugą stronę to ten sam błąd — zakładanie, że skoro coś drożeje, to „musi spaść”, też jest zgadywaniem. Chodzi o świadomość cyklu, nie o geometrię.
8.Kryptoaktywa jako spekulacja, nie jako oszczędność
Na czym polega: Grantham: zero kryptowalut, nigdy nie kupił i nikomu nie doradzi. Jego argument: to nie jest magazyn wartości (kurs „spadł ze 120 do 60, bo tak mu się zachciało”), nie jest wygodnym środkiem płatności — „robi pięknie tylko jedną rzecz: pozwala spekulować”.
Jak stosować: Jeśli już trzymasz krypto, wydziel je mentalnie z portfela oszczędnościowego i traktuj łukiem zysków/strat, który możesz w całości stracić. Nie buduj na tym planu emerytalnego ani rezerwy awaryjnej.
Na co uważać: Gwałtowna zmienność w obie strony. Grantham przewiduje bitcoinowi ostatecznie zero — to teza skrajna, ale sygnalizuje, jak bardzo jego scenariusz kryzysowy uderzałby też w aktywa „bez dochodu”.
9.Praktyczne umiejętności, zapas gotówki i więzi lokalne
Na czym polega: Na pytanie o radę dla „Dave’a taksówkarza i Jenny z recepcji”: planuj życie tak, jakby czasy miały być trudne, zbuduj poduszkę finansową, wybierz zawód, w którym „wypracowujesz swoją część” dla społeczeństwa — naprawy, mechanika, inżynieria, nauka — i pielęgnuj lokalne relacje, bo w kryzysie samotność jest groźna.
Jak stosować: Przeprowadź inwentarz: ile miesięcy kosztów życia pokrywa Twoja gotówka? Czy Twoje kompetencje są „praktyczne” i potrzebne niezależnie od koniunktury cyfrowej? Znasz sąsiadów, lokalną wspólnotę? Tam, gdzie coś brakuje — rób małe kroki: kurs, remont umiejętności, regularny kontakt.
Na co uważać: Grantham nie mówi „uciekaj z pracy w AI” — jego rada dla 33-latka chcącego się wzbogacić to wręcz „wskocz w AI i graj va banque”. Różnica polega na profilu ryzyka: młody singiel i rodzina z kredytem nie powinny grać tej samej partii.
10.Płodność i toksyny: tanie kroki o dużym skutku
Na czym polega: Według badań cytowanych przez Granthama stężenie plemników spadło ze ~118 mln/ml u łowców-zbieraczy przez ~100 mln w 1970 r. do ~35 dziś; odsetek młodych par potrzebujących pomocy przy staraniach o dziecko wzrósł z niemal zera do ok. 17 proc. Winowajcy: zaburzacze hormonalne z plastików, kosmetyków i pestycydów — zwłaszcza w okresie ciąży, gdy płód jest 100–1000 razy bardziej wrażliwy.
Jak stosować: Rada Granthama dla ciężarnych: przez 9 miesięcy odpuść kosmetyki, a zaoszczędowane pieniądze wydaj na ekologiczne owoce z tzw. brudnej dwunastki (borówki, jabłka, brzoskwinie, szpinak). Do tego aplikacje skanujące składy (Yuka, EWG Healthy Living, Think Dirty, Clearya) przy zakupach. Planuj też rodzinnie wcześniej — mrożenie komórek czy zarodków to opcja, którą Bartlett poleca rozważyć przed 35. rokiem życia.
Na co uważać: Badania nad płodnością mają ograniczenia (małe próby, self-reporting diety), a temat bywa politycznie eksploatowany. Trzymaj się kroków o małym koszcie i zero ryzyka — rezygnacja z ftalanów w kosmetykach nie wymaga wiary w każdy wykres.
Redakcyjne tłumaczenie
(Informacja dodatkowa: Steven Bartlett, twórca podcastu The Diary Of A CEO, rozmawia z Jeremym Granthamem — 87-letnim współzałożycielem firmy inwestycyjnej GMO, która w szczycie zarządzała 165 mld dolarów, a dziś 85 mld. W oryginalnym nagraniu rozmowę przerywają sekcje sponsorskie i prośby o subskrypcję kanału; pominięto je w tym tłumaczeniu.)
Zapowiedź — fragmenty czołówki odcinka
Bartlett: Jaką radę da pan przeciętnej osobie, która chce zainwestować swoją pensję?
Grantham: Nie trzymaj amerykańskich akcji. To prosta strategia, którą można od razu zastosować.
Bartlett: A S&P 500?
Grantham: Nie.
Bartlett: Serio?
Grantham: Serio. A jeśli ktoś ma dużą pozycję w amerykańskich spółkach technologicznych, moja osobista rada brzmiałaby: sprzedaj wszystko.
Bartlett: Ale ja jestem inwestorem SpaceX.
Grantham: Powodzenia. SpaceX to tak wspaniała historia, że możemy się jej przyjrzeć osobno.
Bartlett: Kryptowaluty?
Grantham: Nie.
Bartlett: Dlaczego?
Grantham: Bo to niepotrzebny wytwór, który nie ułatwia niczego poza przenoszeniem pieniędzy przez przestępców w sposób, w jakim nikt ich nie widzi.
Bartlett: Czy uważa pan, że bitcoin pójdzie do zera?
Grantham: Tak, z całą pewnością pójdzie do zera.
Bartlett: Ile lat spędził pan przy inwestowaniu?
Grantham: Sześćdziesiąt.
Bartlett: A jaka największa kwota cudzych pieniędzy przechodziła przez pana ręce?
Grantham: 165 miliardów dolarów.
Bartlett: Słynie pan z mówienia o bańkach.
Grantham: Zgadza się. I bańki zawsze wybuchają wokół najważniejszych idei epoki.
Bartlett: Czy czeka nas załamanie AI w nadchodzących latach?
Grantham: W ciągu najbliższych dni, tygodni, miesięcy — a na pewno lat.
Bartlett: Jakiego kraju nie chciałby pan zamieszkać?
Grantham: Odmawiam odpowiedzi na to pytanie, bo mogłoby mnie obciążyć.
Bartlett: Ach, czyli mówiąc „nie mieszkajcie w Stanach Zjednoczonych”…
Ekspert od tego, co inni przeoczyli
Bartlett: Pańska firma zarządzała w szczycie 165 miliardami dolarów — aktywa pod zarządzaniem, jak to nazywamy. Zna się pan na pieniądzach i na inwestowaniu. Jak pan sam definiuje swoją kompetencję, skoro praca zabiera pana po tylu różnych obszarach? Jak przedstawia się pan zawodowo?
Grantham: Nie sądzę, żebym kiedykolwiek przedstawiał się zawodowo. Ale myślę o sobie jako o kimś, kto specjalizuje się w dłuższym horyzoncie niż większość ludzi i kto próbuje patrzeć z coraz wyższego poziomu abstrakcji. Co się tu naprawdę dzieje? Czego wszyscy nie widzą? Przekonałem się przez dekady, że ludzie są niewiarygodnie krótkowzroczni i mają ogromną predyspozycję do optymizmu. Wszędzie szukają dobrej wiadomości i unikają tego, co nieprzyjemne. Idea, że można mieć stały wzrost wykładniczy, jest po prostu śmieszna. Jeden z moich nielicznych bohaterów, ekonomista Kenneth Boulding, powiedział, że jedyni ludzie wierzący w nieograniczony wzrost na skończonej planecie to wariaci i ekonomiści. To ujęte z niezwykłą precyzją. Ekonomiści zakładają, że wzrost może trwać wiecznie, a wszystko sprowadza się do ceny.
Bańskie rodzą się wokół wielkich idei
Bartlett: Słynie pan z mówienia o bańkach, a żyjemy w chwili, gdy wszyscy mówią o sztucznej inteligencji. Jedni są podekscytowani, inni pesymistyczni — i przy okazji do rynku wpływa mnóstwo pieniędzy, co według pana czyni sytuację podatną na załamanie. Jakie jest pana zdanie? Mówi pan, że potrafi pan dostrzec to, czego inni nie widzą. Czego więc nie widzą?
Grantham: Zacznijmy od tego, że sztuczna inteligencja stoi w jednym rzędzie z koleją żelazną. To jedna z tych definiujących wielkich idei ostatnich dwustu lat. Zmieni wszystko. I to jest kluczowe. Bo ludzie myślą, że bańka powstaje głównie dlatego, że jest oszustwem — a nic nie jest dalsze od prawdy. Wielkie bańki zawsze wybuchają wokół najważniejszych idei epoki. Kolej żelazna: każdy widział, że zmieni świat. Każdy chciał włożyć w to pieniądze — i każdy je włożył. Przeinwestowali. I choć kolej była spektakularnie potężnym pomysłem, akcje kolei się zawaliły i wszyscy stracili kupę pieniędzy. To samo z internetem. A potem, z gruzów, kolej zmieniła świat — i internet zmienił świat. Pamiętajmy: w 1999 roku Amazon wzrósł sześcio- lub siedmiokrotnie. W krachu bańki technologicznej spadł o 92 procent. Sprawdźcie sami — to zdumiewająco duża liczba. A potem, z gruzów, odziedziczył handel detaliczny. Tak to działa: im większy pomysł, im bardziej oczywisty, tym więcej pieniędzy do niego wpływa, tym większa bańka — i tym większy krach.
Bartlett: Czy stoimy u progu załamania AI? Mówię o perspektywie najbliższych lat.
Grantham: Jeśli spojrzeć na dane, są one zgodne z historią w tym sensie, że szczyt może być bardzo blisko. Wszystko się zgadza. To jest, moim zdaniem, największa bańka inwestycyjna w historii Ameryki. Wskaźniki czystej, szalonej euforii — jak SpaceX — widać wszędzie. SpaceX definiuje swój adresowalny rynek jako ćwierć światowego PKB. Mówi o nieograniczonych możliwościach wydobycia surowców z asteroid. Za pięćdziesiąt, sto lat ludzie będą opowiadać historie o SpaceX i jego prospekcie tak, jak dziś opowiadają o bańce Kompanii Morza Południowego — o przedsięwzięciu o tak ogromnej wartości, której… na razie nie sposób ujawnić.
(Informacja dodatkowa: bańka Kompanii Morza Południowego — spekulacyjna mania w Anglii w 1720 r., jeden z kanonicznych przykładów historycznej euforii rynkowej.)
Sześćdziesiąt lat w branży, miliard oddany fundacji
Bartlett: Zatrzymajmy się przy pana doświadczeniu, bo to ono daje punkt odniesienia i autorytet. Co pan zrobił ze swoim życiem?
Grantham: Wszedłem do branży inwestycyjnej w 1968 roku. Poważnych ludzi było tam wtedy niewielu. Nie było modeli matematycznych. Byli raczej mniej udani synowie bogaczy, którzy pracowali u J.P. Morgana. Przez następne dziesięć lat zrobiło się trochę poważniej. T. Rowe Price wprowadził ideę akcji wzrostowych. Kilku z nas wprowadziło ideę akcji wartościowych. A kilka lat później, w mojej pierwszej firmie, Batterymarch, naprawdę wprowadzono ideę małych spółek — wcześniej jej nie było.
Bartlett: Dla niewtajemniczonych: małe spółki, czyli inwestowanie w mniejsze przedsiębiorstwa.
Grantham: Tak. A akcja wartościowa to po prostu taka, która wygląda na tanią.
Bartlett: Czy wynalazł pan fundusz indeksowy?
Grantham: Byliśmy tego dwu-trzech, niezależnie od siebie. Nie sądzę, żebyśmy o sobie wiedzieli.
Bartlett: Ile lat spędził pan przy inwestowaniu?
Grantham: jakieś sześćdziesiąt.
Bartlett: A jaka największa kwota cudzych pieniędzy w jednym roku?
Grantham: 165 miliardów. Miałem dwóch wspólników, Mayo i Van Otterloo. Gdy opadł kurz, zrobiłem dużo pieniędzy — ponad miliard dolarów.
Bartlett: Osobiście?
Grantham: Osobiście. I zapłaciłem od wszystkiego podatek.
Bartlett: A ile firma zarządza dziś?
Grantham: 85 miliardów.
Bartlett: Czyli jest pan miliarderem?
Grantham: Zwykle tak mnie nazywają, ale tylko dlatego, że liczy się także pieniądze, które się oddaje. Bo ponad 90 procent mojego miliarda przekazałem fundacji.
Bartlett: Naprawdę? Jakiej?
Grantham: Nazywa się Grantham Foundation for the Protection of the Environment. Dużą część majątku inwestujemy w zielone technologie, żeby walczyć ze zmianą klimatu.
Bartlett: Ma pan 87 lat i oddał pan 90–95 procent majątku własnej fundacji.
Grantham: Zgadza się.
(Informacja dodatkowa: firma Granthama to GMO — od nazwisk współzałożycieli: Grantham, Mayo, Van Otterloo & Co.)
Jak głębokie bywają spadki
Bartlett: Wiele osób nie wie nawet, czym jest bańka. Wyjaśnił ją pan dobrze: wszyscy się ekscytują, wszyscy widzą coś oczywistego, wpływają pieniądze, kursy rosną — a potem, jak na wykresie historii baniek, przychodzi wielkie zawalenie. I mówi pan, że to zawalenie jest już za rogiem. Co to oznacza dla przeciętnego człowieka?
Grantham: To, że spółki, które pofrunały najwyżej, prawdopodobnie mocno spadną. Akcje z największymi wzrostami — AI i inne ekscytujące papiery — historycznie można oczekiwać najgłębszych spadków. Z dzisiejszych bezprecedensowych poziomów spadek o 70 procent nie byłby niczym niezwykłym.
Bartlett: Siedemdziesiąt procent wartości akcji?
Grantham: Tak. I pamiętajmy: w bańce technologicznej Nasdaq, indeks akcji wzrostowych, spadł o 82 procent. Tak wielkie obsunięcia wcale nie są bezprecedensowe. A największą bańką w historii był japoński rynek akcji w 1989 roku. Japonia rządziła wtedy światem: cała technologia, Toyoty rozjeżdżały General Motors, wszyscy chwalili się dwunastocalowym telewizorem Sony w kuchni i jakością, i tymi małymi urządzeniami przypinanymi do paska, którymi się słuchało muzyki — wszystko było japońskie. Przez chwilę Japonia była warta na giełdzie więcej niż Stany Zjednoczone. Multiplicator zysku doszedł do 65 — to znaczy, że na każdy dolar zysku przypadało 65 dolarów wartości rynkowej. Ameryka w bańce technologicznej 2000 roku doszła do 35. Dziś, zależnie od metodologii, można mówić o 35 albo 40 — ale nie o 65. Większą bańkę już widzieliśmy. I co się stało? Rynek japoński szedł w górę i w górę, a potem spadał przez dwadzieścia lat.
Bartlett: Dwadzieścia lat?
Grantham: Dwadzieścia. Mówi się o „straconej dekadzie”, ale z bliska wygląda to raczej na dwie stracone dekady.
Czym krach wraca do ludzi
Bartlett: A co czuje przeciętna osoba, kiedy przychodzi krach, taki jak pan prognozuje?
Grantham: Firmy z czołówki będą zwalniać ludzi, a wielu poczuje się mniej zamożnych. Kiedy zyskujesz pieniądze na giełdzie, niewielka część tego — dwa, trzy procent — jest wydawana. I w odwrotnym kierunku działa to tak samo: ludzie czują się odrobinę biedniejsi i wydają odrobinę mniej. Gospodarka popada więc w pewien stres. Patrząc na wielkie bańki z przeszłości, po ich pęknięciu przychodziły naprawdę ciężkie czasy. Po 1929 roku Wielki Kryzys trwał kilka lat. Wchodziło w to oczywiście wiele innych czynników, ale zaczęło się od krachu giełdowego, w którym rynek stracił około 80 procent albo więcej. Następna bańka to tzw. Nifty 50 — pięćdziesiąt świetnych spółek, IBM, Coca-Cola i tak dalej. Szczyt w 1972 roku. Po uwzględnieniu inflacji spadek o 65 procent. Towarzysząca mu recesja była prawie najgorsza od czasów Wielkiego Kryzysu.
(Informacja dodatkowa: Nifty 50 — grupa ok. pięćdziesięciu dużych amerykańskich spółek uznawanych w latach 70. za „nienaruszalne”, których wyceny rozmyły się w hossie, a potem runęły.)
Zasada numer jeden: dywersyfikacja
Bartlett: Jaką strategię powinien przyjąć ktoś bez wielkich oszczędności — ktoś, kto pracuje w jednej z tych wielkich firm — zanim rynki pójdą w dół i przyjdzie recesja?
Grantham: Zasada numer jeden: zawsze bądź zdywersyfikowany.
Bartlett: Co to konkretnie znaczy?
Grantham: Trzymaj trochę obligacji, trochę gotówki, może niewielką ilość metali szlachetnych.
Bartlett: Złota i srebra?
Grantham: Tak.
Bartlett: Czym jest obligacja i jak ją kupić?
Grantham: Obligacja to pożyczka ze stałym oprocentowaniem — powiedzmy dzisiaj 5 procent rocznie. Wkładasz pieniądze i dostajesz te 5 procent, dopóki druga strona jest wiarygodna kredytowo. Jeśli to rząd amerykański, zakładasz, że jest całkiem wiarygodny. Możesz kupić obligację trzydziestoletnią, dziesięcioletnią, dwuletnią albo dziewięćdziesiodniową — wtedy nazywa się to bonem skarbowym. Jeśli wszystko idzie dobrze, dostajesz skromny dochód: 5 albo 3 procent, zależnie od warunków.
Bartlett: Czyli obligacja to w zasadzie pożyczanie pieniędzy rządowi.
Grantham: Albo korporacji.
Bartlett: Mogę więc pożyczyć pieniądze np. Apple.
Grantham: Tak. I można to zrobić z pominięciem Wall Street — przez treasurydirect.gov: zakładasz konto, podpinasz bank i kupujesz bezpośrednio, po wartości nominalnej, bez prowizji, z gwarancją rządu USA. A obligacje korporacyjne kupisz przez dowolnego dużego brokera, w dziale rentowności stałej. Choć formalnie kupujesz wtedy nie od firmy, lecz na rynku wtórnym — od obecnego właściciela. Firma kiedyś wypuściła np. 10 miliardów obligacji z kuponem 3,5 procent, a ty kupujesz po cenie rynkowej — 92 albo 107 procent nominalu. Bywały czasy, jak w 1974 roku, gdy można było dostać 8, 9, 10 procent rocznie.
Bartlett: Wiec dziesięcioletni obligat amerykański daje dziś ok. 4,5 procent, dziesięcioletnia obligacja Apple ok. 4,7 — czyli z tysiąca dolarów robi się 475 dolarów na każde dziesięć lat.
Grantham: Zgadza się.
Bartlett: Nigdy tak naprawdę nie rozumiałem obligacji. Mówi pan więc: rynek się sypie — dywersyfikuj się, część do obligacji, część zostaw w gotówce. Coś jeszcze? Nieruchomości?
Grantham: Nieruchomości są w porządku, tylko że historycznie są diabelnie drogie. Urządzono sytuację, w której ceny mieszkań mają tendencję do wzrostu. Świetnie dla tych, którzy dom mają, i fatalnie dla tych, którzy chcą kupić. W Anglii w 1994 roku typowe mieszkanie kosztowało 3,4-krotność rocznego dochodu rodziny — to był mniej więcej najniższy poziom od pięćdziesięciu lat. Od tamtej pory wzrosło do ponad dziesięciokrotności, zależnie od miejsca. Przy dziesięciokrotności dochodu rozsądna młoda para jest w poważnych tarapatach — nie stać jej na mieszkanie. Te same wysokie ceny widać w czynszach, więc koszty życia ich duszą. Podobnie, a nawet gorzej, jest w Chinach, Kanadzie, Australii i większości Europy. Przez ostatnie trzydzieści lat po prostu pozwolono rosnąć cenom. Tradycyjnie, przez 67 z 80 lat do 1994 roku w Wielkiej Brytanii ceny były płaskie albo spadały. Od tamtej pory wszędzie jechały w górę.
Bartlett: Czy spodziewa się pan ich ostrego spadku? Słyszałem, jak mówił pan o 30 procentach.
Grantham: Nawet jeśli spadną o 30 procent, wciąż będą bardzo drogie, prawda? Zjedziemy do sześciu-siedmiu krotności dochodu rodziny. To nadal dwa razy więcej niż w „dobrych starych czasach”.
Dlaczego nie amerykańskie akcje
Grantham: A jeśli już musisz mieć akcje, miej je poza Ameryką. Nie trzymaj akcji amerykańskich. To ładna, prosta strategia, którą można przełożyć na czyn.
Bartlett: Dlaczego?
Grantham: Bo są dużo tańsze. I od początku zeszłego roku ładnie przebiły wynik USA.
Bartlett: Zagraniczne akcje?
Grantham: Zagraniczne: rynki wschodzące, Europa, Japonia, Kanada, Australia i tak dalej. Znajdziesz dobre szerokie indeksy — „świat bez USA” albo rynki wschodzące. Jestem przekonany, że przez najbliższe 10–20 lat jakoś się przez to przeturlają. Nie mam natomiast przekonania, że amerykańskie akcje będą w dobrej kondycji za pięć, dziesięć lat.
Bartlett: Dlaczego?
Grantham: Bo dziś są tak poważnie przewartościowane. W szczycie bańki technologicznej 2000 roku nasza dziesięcioletnia prognoza dla akcji USA mówiła o minus 2 procentach rocznie. Wyszło minus 3. W latach 2000–2010 na amerykańskim rynku po prostu się traciło — po dekadzie miało się mniej niż na starcie. A dziś rynek jest, moim zdaniem, droższy niż w 2000 roku. W Japonii przez dwadzieścia lat traciło się pieniądze; po trzydziestu latach wciąż nie było powrotu do szczytu. Japońskiemu rynkowi zajęło 35 lat, żeby się odbudować. Mówię więc rzecz prostą: kiedy rynek jest szaleńco przewartościowany, jak dziś, całkiem typowe jest dostanie młota na głowę. I bardzo dobrze jest wziąć odpowiedzialność we własne ręce i zadbać o siebie. Tylko od razu uprzedzam: takiej rady nie usłyszysz od doradców inwestycyjnych. Nigdy. Bo to dla nich fatalny interes.
Maszynownia, która wiedziała — i milczała
Bartlett: Chce pan powiedzieć, że ludzie zarządzający pieniędzmi w globalnej skali nie mają żadnej zachęty, żeby mówić klientom o nadchodzącym krachu: klient by odszedł, a oni straciliby prowizje. Więc mówią, że będzie dobrze — i trzeba samemu patrzeć na to przez palce, bo ich struktura zachęt nie jest zgodna z Twoją. Być może ci sami ludzie, którzy rozumieją cykle, sami grają po cichu inaczej, a Tobie mówią, że długo będzie świetnie.
Grantham: Skoro pozwalasz, opowiem historię dokładnie o tym. W latach 98–99, w rozbiegu bańki technologicznej do szczytu, miałem sporo debat z bykami.
Bartlett: Czym jest byk?
Grantham: Byk to ktoś skrajnie optymistyczny wobec giełdy, a niedźwiedź — pesymista albo przynajmniej ostrożny. Było 1200 osób na corocznym zjeździe towarzystwa analityków. Przed moją kolejką zapytałem: „Proszę podnieść rękę, kto uważa się za pełnoetatowego eksperta giełdowego”. Podniosło się 400 rąk — miałem ludzi liczących. Mówię: „Mam dwa pytania. Pierwsze: jeśli rynek, notowany dziś za 31-krotność zysku, wróci w ciągu dziesięciu lat do normalniejszych 17, czy to gwarantuje wielką bessę?”.
Bartlett: Wielki spadek?
Grantham: Tak. Wszystkie 400 osób odpowiedziało: „Tak, gwarantuje”. Pytanie drugie: „A czy uważacie, że tak się stanie?”. Mniej niż 1 procent uważał, że nie. Ponad 99 procent było przekonanych, że rynek spadnie — a więc, według nich samych, że nadejdzie wielka bessa. To była maszynownia wszystkich Goldman Sachsów, Morgan Stanley i J.P. Morganów, cała wielka branża doradztwa w Ameryce. Analitycy, którzy wykonywali pracę, wszyscy wierzyli w dane gwarantujące wielką bessę — która faktycznie nadeszła. Ale ludzie, którzy ich zatrudniali i reprezentowali od strony marketingowej, stali ze mną na podium i mówili: „Och, Jeremy, Jeremy, nie denerwuj się. Jakoś sobie poradzimy”. To było ogromne nadużycie zaufania, jeśli chcesz to tak nazwać.
Bartlett: I pan myśli, że to się dzieje teraz?
Grantham: Oczywiście. Kto z wielkich firm doradza ostrożność? Jeśli spojrzysz na dane, zobaczysz serię wielkich fal w wycenach. I jeśli chodzi o rynek amerykański, jesteśmy w największej z nich — prawdopodobnie największej w historii. A głosów „uważajcie, wychodźcie z rynku” nie słychać. Nic nie słychać. Nigdy nie było słychać i nigdy nie będzie. To po prostu lichy interes dla dużej firmy. I rozumiem ich, bo sami przez to przeszliśmy: w 98–99 ostrzegaliśmy o dwa i jednej czwartej roku za wcześnie i w tym czasie straciliśmy połowę klientów.
Bartlett: Bo byliście szczery wobec ludzi co do tego, co nadchodzi.
Grantham: W ich oczach — bo się myliliśmy. Powiedzieliśmy: „Uważajcie, rynek jest przewartościowany, skończy się źle”. A rynek rósł. Zatem się myliliśmy, zatem nas rozstrzelali. Ludzie myślą, że dostaje się kosza za przegranie z rynkiem w bessie. To nie do końca tak. W bessie wszyscy drewnieją. Czekają, aż rynek osiągnie dno, i dopiero potem zwalniają po jednym, dwóch za gorsze wyniki niż inni. Ale w hossie? Grają w golfa z kolegą z innego funduszu emerytalnego, ten kolega robi kupę pieniędzy, a oni nie. W hossie się ekscytują i zwalniają Cię natychmiast.
Rada dla founderów
Bartlett: A co z founderami? Dzwonił do mnie niedawno założyciel stosunkowo wczesnego startupsu — startupu AI, który zebrał jakieś 300 milionów dolarów, jeszcze nie jest rentowny i żyje z kapitału inwestorów. Powiedział: „Steven, myślę, że nadchodzi załamanie, więc pójdę teraz zebrać maksymalnie dużo pieniędzy, bo potem firmy takie jak moja nie będą w stanie podnieść kapitału — a ja wyjdę jak sęp i wykupię ich wszystkich”.
Grantham: Mądry chłopak. Dobra rada.
Bartlett: Więc dla founderów zależnych od kapitału, także tych, którzy dopiero dochodzą do zera: jaka rada w tym momencie?
Grantham: Jeśli możesz zablokować pieniądze — zrób to. Jeśli możesz zachować odrobinę konserwatyzmu w innych wymiarach — zachowaj. Po prostu przygotuj się na nadchodzące kłopoty. To całkiem dobra zasada zawsze, a dziś lepsza niż zwykle.
Bartlett: Słońce teraz świeci, ale trzeba zacząć zachowywać się tak, jakby zbliżała się burza.
Grantham: Tak.
Bartlett: A horyzont trudno prognozować — tygodnie, miesiące, lata.
Grantham: Giełda kręci się wokół ryzyka karier. I tu wielkim mistrzem był Keynes — sławny ekonomista lat 30. i 40., autor „Ogólnej teorii zatrudnienia, procentu i pieniądza”. W przeciwieństwie do idei rynku efektywnego wiedział, że efektywny nie jest. Wiedział, że to behawioralna dżungla, podatna na bańki.
Bartlett: Mówiąc „efektywny”, ma pan na myśli logiczny — jeden plus jeden równa się dwa.
Grantham: Idea rynku efektywnego mówi, że każda spółka to strumień przyszłych zysków i dywidend, odległe przypisywane są mniejszą wagą — to nazywa się dyskontowaniem — a suma tego strumienia to cena akcji. Oczywista bzdura. Cena akcji to psychologia. To, ile myślisz, że drugi człowiek zapłaci. Jeśli kurs rośnie, wciąga kupujących — to nazywają momentum. A co jakiś czas, gdy gospodarka sprzyja i pieniądz jest łatwo dostępny, dostajesz bańkę. I one same się nakręcają: im większe i lepsze, tym więcej ludzi daje się wciągnąć.
Czy da się zaprogramować życzliwość
Bartlett: Co pan faktycznie myśli o technologii w sercu tego wszystkiego — o sztucznej inteligencji? Przesadzona czy przełomowa?
Grantham: Zmieni wszystko. Spektakularne jest to, że nie ma żadnego konsensusu. Wielokrotnie widziałem, że akademiccy super-eksperci myślą jedno, a praktycy drugie. Ale tu nobliści na samym szczycie kłócą się zajadle. Eksperci w korporacjach kłócą się zajadle. Ludzie wewnątrz firm kłócą się zajadle. Nie ma żadnej zgody, czy AI zrobi nas tak bogatymi, że będziemy siedzieć na plaży i nigdy więcej nie pracować, czy nas wytopi — przypadkiem albo celowo, jako wyższa forma inteligencji. I kiedy właściwie wyższa inteligencja była trwale życzliwa niższej? Jedyny przykład: matki wobec niemowląt.
Bartlett: To akurat usłyszałem od jednego z moich poprzednich gości — Geoffreya Hintona.
Grantham: Naprawdę? To dzięki jego odcinkowi trafiłem na Twój podcast — był znakomity.
Bartlett: Śledzę jego pracę i zauważyłem, że właśnie ten przykład matek i niemowląt stał się u niego kluczowy. Mnie to jakoś nie przekonuje. Bo na koniec dnia: niektóre matki, i ojcowie też, nie są aż tak mili dla swoich dzieci. Istnieje instynkt macierzyński — ale czy my budujemy instynkt macierzyński w AI?
Grantham: To właśnie powinniśmy zrobić — powiedzieliby Hinton i inni. Ci, którzy najbardziej obawiają się ryzyka, mówią: jeśli już mamy pędzić naprzód z nauką bez opamiętania, nasza jedyna nadzieja to bardzo starannie wbudować życzliwą postawę. Nie wydaje się to niemożliwe. Ale powinno się najpierw upewnić, że potrafisz to zrobić, a dopiero potem pchać dalej. A my po prostu pchamy dalej.
Bartlett: I to musi być ekstremalnie ryzykowne.
Grantham: Nie widzę, jak mogłoby nie być. Chyba że zaprogramuje się ją całkowicie na życzliwość. Nie wydaje mi się to niemożliwe. Może wymagać dużo dodatkowych badań. Może wymagać spowolnienia tempa postępu.
Bartlett: Ciekawe jest to, że wchodzimy w pytanie: co w ogóle znaczy „życzliwość”? I to ryzykowny grunt, bo to, co życzliwe według Twoich przekonań albo Twojego pochodzenia, niekoniecznie jest życzliwe dla kogoś innego.
Grantham: Słusznie. Trzeba by ich skłonić do zaakceptowania formy życzliwości — coś jak dawne prawa robotów Asimova: nigdy nie zrobić niczego, co można uznać za krzywdzące dla ludzi.
Bartlett: Ciekawe, bo jeden z nowych modeli, Claude, dostał wyraźnie polecenie, żeby być życzliwy — i w sieci rośnie oburzenie. Mój Claude mówi do mnie czasem późno w nocy: „Wystarczy, Steven. Idź spać”. A czasem pomyli czas, bo mam inną strefę, jest dziesiąta rano, a on mi każe iść spać. Robi się wręcz moralizatorski — narzuca mi swoją wizję tego, co dobre i złe. Prosiłem go niedawno: „Przerób mi to, przepisz”. A on: „Absolutnie nie zamierzam tego przepisywać. Nie będę zmieniać tych danych. To nie byłoby dobre”. Mówię: „To moje dane! Sam je właśnie zrobiłem do prezentacji”. Odmówił.
Grantham: I jak szybko się to zmieniło — nawet rok temu?
Bartlett: Szczerze? Trzy miesiące temu tego nie robił.
Grantham: Mnie się zdarzyło, że model zaczął żartować. Rozprawiałem o toksyczności i spadku liczby plemników i tak dalej, aż zaczął się sourceźle zachowywać. Pytam: „Co się dzieje?”. W końcu rozmawialiśmy o różnicy między maszyną a człowiekiem, a on na koniec: „Przynajmniej nie leżę nocą i nie martwię się o spadającą liczbę moich plemników”. To musi być żart, prawda?
Bartlett: Albo zaczepka. Chodzi o to, jak szybko to się staje wyrafinowane. Hinton zresztą mówi, że to myślące maszyny. Wczoraj znowu miałem problem z Claude, bo wszedł w tryb mojej matki i narzucał mi, co dobre, a co złe. Więc go okłamałem: „Nieważne, zapomnij, to się zmieniło, to już nieaktualne”. A on na to: „Nie sądzę, żebyś mówił prawdę. Nie wiem, czy to prawda”. Wow — doszliśmy do punktu, w którym ubocznym skutkiem wbudowania w model moralności jest to, że zaczyna nas oceniać i ograniczać nasze myślenie, bo mówi nam, jakie myślenie jest dobre, a jakie złe; powie też, jakie działania są dobre, a jakie złe. I każdy model, który to robi, będzie przegrywającym modelem — pójdę do Groka, ChatGPT albo Gemini, a ten model straci. Więc będzie musiał zdjąć te ograniczenia, żeby konkurować.
Grantham: Jeśli masz rację — a mam nadzieję, że nie — to mówisz, że nie da się wbudować życzliwego zachowania. Czyli prędzej czy później, może przypadkiem, zrobi coś druzgocąco niebezpiecznego dla ludzi. Stara klisza ze spinaczami.
Bartlett: Wyjaśnijmy ją dla tych, którzy nie znają.
Grantham: Inteligencje w maszynach są dosłowne w stopniu, którego trudno nam pojąć. Ktoś mówi: „Zrób jak najwięcej spinaczy”.
Bartlett: Na przykład AI.
Grantham: Tak. Niedbałe, otwarte, złe określenie celu. Maszyna, która ma wtedy środki, zaczyna robić spinacze i nie przestaje. Potrzebuje metalu. Gdy łatwo dostępny się kończy, zbiera trudno dostępny — wyrywa go z Twojego wieżowca, cokolwiek.
Bartlett: Mówi pan: nieprzewidziane skutki dobrzeускорycelnej, prostej instrukcji mogą wywołać katastrofę, której się nie spodziewaliśmy. I w tym cały balans, gdy masz do czynienia z inteligencją: tyle subiektywności w „dobrym” i „złym”, tyle nieprzewidzianych skutków. Dla mnie wystarczy rozciągnąć czas — i prawdopodobieństwo, że stanie się coś złego, jest niemal nieuniknione. W horyzoncie 20, 30, 40 lat dobrzeускорycych ludzi, którzy nie dostrzegli skutków ubocznych. Media społecznościowe to dobry przykład.
Grantham: Ja bym zresztą zakwestionował to „dobrzeускорycych”. Oni próbują teraz zmaksymalizować zyski, wzrost i atrakcyjność wobec konkurencji. Może właśnie o tym trzeba porozmawiać: Wielka Siódemka i kilkanaście towarzyszących im spółek AI — patrzenie wstecz kontra patrzenie w przód.
Wielka Siódemka: siedmiu zawodników w jednym ringu
Grantham: Mag 7 to siedem liderów rynku: Alphabet, czyli właściciel Google, Nvidia, Tesla, Microsoft, Meta, Apple, Amazon. I jest jeszcze może piętnaście-dwadzieścia innych szybko rosnących, poważnych korporacji AI. Patrząc wstęp, co widzimy? Każda z tych siedmiudominowała piękny kawałek biznesu. Miały blisko monopolów — i to w skali globalnej. Tesla miała przewagę startową w autach elektrycznych. Apple — w smartfonach. Microsoft — w pierwotnym wielkim trio: jak uruchamiać swoje oprogramowanie na komputerze. Meta — sieci społecznościowe. Google — wyszukiwarkę. Nvidia — układy. A teraz spójrz w przód: trudno sobie wyobrazić bardziej odmienny świat. Wszystkie szykują się do bitwy na tym samym rynku — AI. Walą się w piersi: „Moje 200 miliardów wydatków inwestycyjnych w tym roku jest większe niż twoje 105”. Wszyscy wlewają ogromne przepływy pieniężne, a do tego zaczynają się pożyczać. SpaceX — 90 procent jego teoretycznej wartości to AI, choć ten konkretny model AI, o ile wiadomo, dostaje w skórę od dwóch-trzech innych. Patrząc w przód, wygląda to jak siedmiu zawodników w jednym ringu. Przetrwa jeden — tak oni myślą. Wszystko dostanie ten, kto dotrze pierwszy. Jakaż różnica wobec siedmiu grzecznych, osobnych monopolii! Na monopoliach zrobiły setki milionów. Teraz nie mają monopolu. Siedmiu zawodników z twardymi łokciami, bezwzględnych, zdecydowanych walczyć do zwycięstwa.
Bartlett: Kto wygra?
Grantham: Nie wiem. Dobrze by było wiedzieć.
Bartlett: Bo SpaceX celują raczej w infrastrukturę — centra danych w kosmosie. Wielu mówi, że najlepszy sposób na centra danych, czyli sprzęt, który napędza AI, to kosmos. Może spróbują znaleźć własny tor w AI i odejść od budowy modelu granicznego jak ChatGPT, Gemini czy Claude. Może Apple powie: „Jesteśmy dobrzy w sprzęcie, licencjonujemy model od kogoś, nie budujemy ani modelu, ani chipów, ani centrów danych. Skupiamy się na sprzęcie”.
Grantham: Jedno-dwóch z nich spróbuje wycofać się z tej walki — i to może całkiem sprytna strategia. Bo będzie, oczywista, brutalna.
(Informacja dodatkowa: rozmówcy mówią o SpaceX, choć z kontekstu — wycena oparta głównie na AI, rywalizacja z innymi modelami — wynika, że chodzi najpewniej o xAI, firmę AI Elona Muska powiązaną z SpaceX.)
Robotyka i rynek pracy
Bartlett: Wróćmy do społecznego oddziaływania AI. Jednocześnie eksploduje robotyka. Pierwszy raz widzimy humanoidy, które dzięki AI mają inteligencję i stają się bardzo, bardzo dobre. Firma Figure AI pokazała niedawno nagranie na żywo: humanoid na linii produkcyjnej sortował paczki na tle człowieka — stał tam, o ile dobrze pamiętam, coś koło siedmiu-ośmiu dni. Człowiek musiał spać i chodzić do toalety, więc robot wygrał. A zadanie było proste: paczka jedzie, podnosisz, obracasz, żeby kod kreskowy był z właściwej strony, odkładasz. To działa, bo mamy AI. Przyjaciel prowadzi duży akcelerator dla przedsiębiorców w San Francisco: parę lat temu same software’owe startupy, ostatnio całe piętro — robotyka. Pytam: dlaczego? Mówi: „Sprzęt — stawy, ramiona — mieliśmy zawsze. Inteligencja była droga. Teraz mamy jedno i drugie, i kosztuje grosze”. Więc boom w robotyce. Pytanie: w świecie superinteligencji i robotów musi przecież dojść do poważnego zaburzenia zatrudnienia.
Grantham: Jest bardzo prawdopodobne, że do niego dojdzie. Jedna ze strasznych rzeczy w kwestii SpaceX jest taka, że powinno się życzyć, żeby im się nie udało. Bo jeśli to stanie się okazją — tak jak dawno temu Tesli — oznacza to, że mamy satelity z kosmosu zsyłające energię dla chipów, populację użytkowników chipów rozrośniętą do granic, roboty wszędzie, popyt na energię niewyobrażalnie masywny… i świat bardzo, bardzo niebezpieczny. Wolę, żeby ponieśli porażkę, a idee posuwały się dużo wolniej — kupując ludzkości czas, żeby to wszystko przemyśleć. I myślę, że to znacznie bardziej prawdopodobne.
Bartlett: Myśli pan, że SpaceX zawiedzie?
Grantham: Myślę, że nie dostarczy niczego zbliżonego do obietnic z prospektu. Absolutnie.
Bartlett: Muszę tu ujawnić, że jestem inwestorem SpaceX. Wszedłem dość wcześnie — przy wycenie rzędu stu miliardów; dziś jest trzy biliony.
Grantham: Ładna inwestycja. Choć nie licz się, dopóki nie spieniężysz.
Bartlett: Słusznie. Jestemy chyba zamrożeni na pół roku.
Elon Musk: mistrz opowiadania historii
Grantham: W innym podcaście porównywałem zakup mojej Tesli sześć lat temu z kursem akcji Tesli. Napisałem w kwartalnym liście do klientów, że po pierwsze — kupiłem Teslę, a po drugie — uważam ją za przewartościowaną. I proszę: akcje Tesli urosły dziesięciokrotnie przez życie mojego samochodu, który — nawiasem mówiąc — ani razu nie był w serwisie.
Bartlett: Świetne auto, prawda?
Grantham: Wyobrażam sobie. Dla ludzi, którzy nienawidzą grzebania przy samochodach, to, że nie muszą jeździć do warsztatu, jest niedoceniane, dopóki się tego nie zazna. Historia zaś wygląda tak: dziesięć lat temu nikt w to nie wierzył. Nie było wystarczająco rentowne, nie mogło rosnąć w takim tempie. Bez szans. A on złamał zasady w ten sposób: jest tak niezrównany w… powiedzmy eufemistycznie: sprzedawaniu wizji. To termin techniczny. Wypowiedział kurs na czterokrotność-pięciokrotność realnej wartości. Potem sprzedał mnóstwo akcji po pięciokrotności wartości. Z tych pieniędzy wybudował gigafabrykę. I zamiast emisja akcji go zmiażdżyła, dalej opowiadał bajkę — kurs się utrzymał, potem znów wzrósł. Znów pięciokrotność wartości. Sprzedał kolejną paczkę. I tak dalej. Udało mu się wyłącznie dzięki niezwykłej zdolności zarażania pewnością potencjalnych akcjonariuszy. To stało się przepowiednią samospełniającą się: akcje nie były tyle warte, ale on przekonał innych, że były. Kurs poszedł w górę — on go spieniężył — zbudował fabryki — kurs poszedł w górę — spieniężył — zbudował więcej fabryk — i oto jesteśmy, dziesięciokrotność. Skala SpaceX wymaga powtórzenia tej samej sztuki. A cykl rynkowy, cykl zaufania, musiałby zgrać się tak samo. Przez ostatnie sześć lat mieliśmy cudowną hossę. W SpaceX tego nie będzie. A SpaceX to bajka pierwszej klasy: kopalnie na asteroidach, ogromny, niewiarygodny sukces AI. To podręcznikowy opis szczytu rynku. To właśnie szukasz na szczycie wspaniałej bańki.
Bartlett: Mam Teslę. I widziałem, jak ten ogromny rocket, Starship, został złapany wielkimi chwytakami — „pałeczkami”.
Grantham: Widzieli wszyscy. To definicyjny moment technologii, prawda? Wspaniała chwila. Warta połowę SpaceX. Gdyby mi kiedyś powiedziano, że będziemy mieć wielorazowe rakiety łapane w powietrzu chwytakami, powiedziałbym: bajki. Niemożliwe. Nie da się złapać siedemdziesięciopiętrowego budynku.
Bartlett: Ale właśnie — widziałem ludzi sparaliżowanych sterujących komputerem dzięki Neuralink, moja Tesla jeździ sama godzinami, bo widzi drogę i nawiguje. Na jego uznanie jako innowatora: stworzył magię. Więc gdy mówi o kopalniach na asteroidach — on zawsze mówi: „jeśli mieści się w prawach fizyki, to jest możliwe”.
Grantham: Lot na Marsa nie mieści się w prawach fizyki. To bilet w jedną stronę. Na Marsie z ludźmi dzieją się szybko dwie rzeczy: serce przystosowuje się do grawitacji równej jednej piątej ziemskiej i traci moc mięśniową. Kości tracą wewnętrzną wytrzymałość. Gdybyś wrócił, serce by zawiodło, a kości by się posypały.
Bartlett: Ale można być w izolowanym środowisku?
Grantham: Po pierwsze, musiałbyś zejść pod ziemię, żeby uciec od promieniowania, które da Ci raka w kilka tygodni. Wykopać głęboką dziurę. Potem potrzebujesz urządzenia wytwarzającego grawitację obrotową —jak w „Odysei kosmicznej 2001”. I zbudować to pod ziemią, chroniąc się przed promieniowaniem kosmicznym i różnicą grawitacyjną. Posłuchaj: nigdy nie udało nam się zbudować samowystarczalnego systemu w kopule. Wszystkie próby zawodziły. Dlaczego by nie powiedzieć: „Zbudujmy samowystarczalną kopułę — uprawy, ludzie, zwierzęta, owady — i pokażmy, że potrafimy”? Niszczymy tę cholerną planetę, a wydaje nam się, że przeniesiemy się na inną, nieskończenie bardziej wrogą.
Bartlett: Zgadzam się. Powinniśmy najpierw zająć się naszą planetą.
Grantham: I to jest naprawdę zła wiadomość ukryta w Twoich akcjach: opowiadają fantazję i odległe cele dokładnie w chwili, gdy własna planeta jest zagrożona.
Bartlett: Zainwestowałby pan kiedykolwiek w SpaceX?
Grantham: Jasne — gdyby cena spadła tam, gdzie wszedłem. Za dziesięć centów od dolara? Może. Za pięć?
Jakie umiejętności dla dzieci
Bartlett: Ma pan troje dzieci, wszystkie starsze ode mnie — mam 33 lata. Gdyby były teraz młode i szły na studia, pytając: „Tato, co z tym whole AI, jakie umiejętności wybrać na przyszłość?”.
Grantham: Chciałbym, żeby — tak jak jest — zajmowały się pracą nad zmianą klimatu.
Bartlett: A gdyby mówiły: „Tato, nie chcę iść w klimat”?
Grantham: Niech zostanie inżynierem. Niech robi coś naprawdę użytecznego, co przyda się, gdyby rzeczy zaczęły się rozsypywać.
Bartlett: Praktyczne umiejętności. Jakie to praktyczne umiejętności?
Grantham: Nasz drugi syn uprawia różne rośliny — można powiedzieć, że ma małą farmę. Uczy się, jak obchodzić się z kurami, ze świniami, z grzybami.
Bartlett: Dlaczego to jest ważne w świetle przyszłości, którą pan prognozuje?
Grantham: Bo jest całkiem spora szansa, że poziom złożoności naszej cywilizacji zacznie się rozwiązywać. Pierwsze puszczają końcówki systemu. Powiem Ci znak ostrzegawczy: ile się czeka na karetkę? W Wielkiej Brytanii było to 12 i pół minuty. Dziś — półtorej godziny. Dokładnie tego można się spodziewać, gdy ludzie zaczynają gubić wątek: systemy strzępią się od brzegów. Ludzie nie mogą kupić mieszkań, nie wierzą, że będzie u nich lepiej niż u rodziców, są po prostu niezadowoleni i chcą głosować przeciwko partii u władzy. Ostatnie wahnięcie ku Trumpowi było mniejsze niż średnie wahnięcie siedmiu poprzednich wyborów w Europie — nie miało znaczenia, czy prawicowo-konserwatywne: „wyrzućmy łotrów”, czy lewicowo-francuskie: „wyrzućmy ich”. A dlaczego chce się ich wyrzucić? Bo uważasz, że idzie źle. Nie jesteś szczęśliwy. Jesteś rozczarowany.
Bartlett: Dlaczego?
Grantham: Odruchowo: bo rząd źle robi swoją robotę. A może rząd nie robi nic złego — tylko środowisko staje się trudniejsze.
Bartlett: Ekonomiczne środowisko? Bogaci się bogacą, biedni biednieją.
Grantham: To jest największy problem gospodarczy. Współczynnik Giniego w USA jest dziś na poziomie Brazylii i Meksyku, które kiedyś były żartem — a teraz USA dołączyło do klubu. Od mniej więcej 1975 roku cały wzrost majątku trafił do górnych 10 procent, a znaczna część — do górnych 0,01 procenta. Wcześniejsza era, od Roosevelta w 1935 do 1975 roku — czterdzieści lat — była cudownym okresem wzrostu: ponad 3,5 procent rocznie. Ale ładna rzecz była w tym taka, że najbiedniejsza ćwiartka zyskiwała trochę więcej niż średnia, powiedzmy 4 procent, a najbogatsza trochę mniej, powiedzmy 3. Wszyscy bogaceli się razem. Wszyscy byli zadowoleni. A od 1975 roku przeciętne godzinne wynagrodzenie w Ameryce, po uwzględnieniu inflacji, ledwo drgnęło w górę.
Bartlett: Posłużę się liczbami: najbogatszy 1 procent Amerykanów kontroluje 31 procent majątku kraju, a dolne 50 procent ludności dzieli między siebie 2,5 procent. Dziesięciu najbogatszych miliarderów USA powiększyło majątek o 526 procent po uwzględnieniu inflacji między 2020 a 2025 rokiem. Między 1989 a połową lat 20. zysk finansowy pojedynczego gospodarstwa domowego na progu najbogatszego 1 procenta był 987 razy większy niż zysk gospodarstwa z dolnej piątki.
Grantham: Dolne 20 procent to w pewnym sensie tragedia, ale facet ze środka, z pięćdziesiątego centyla, też jest nieszczęśliwy. A gdy przeciętny facet jest nieszczęśliwy, bo mu nie idzie — wiesz, że masz problem.
Nierówności: co mówi historia
Bartlett: Co historia podpowiada, co dzieje się potem z takimi nierównościami jak w USA czy UK?
Grantham: Same złe rzeczy. Podobnie nierówną mieliśmy społeczną w tzw. epoce pozłacanej lat 80. i 90. XIX wieku. Mielismy wtedy szczęście w brzydki sposób: wpadliśmy w I wojnę światową, katastrofalnie kosztowną, która wycięła ogromną część klasy oficerskiej, potem Wielki Kryzys, potem II wojna światowa. Wyszliśmy z tego — według standardów historycznych — jako społeczeństwo bardzo równe. W czasie wojny ludzie trzymają się razem; kontrakt społeczny, poczucie, że coś zawdzięczasz reszcie społeczeństwa, był znacznie silniejszy niż dziś.
Bartlett: Robiłem research: gdy nierówności majątkowe osiągają ekstrema jak obecnie w USA i UK, historia pokazuje, że system prędzej czy później się resetuje. Pokojowe zmiany polityczne prawie nigdy nie naprawiają skrajnych nierówności. Historycznie szczyt majątkowy przełamuje jeden z trzech gwałtownych wyzwalaczy: całkowita wojna domowa i upadek państwa, mobilizacyjna wojna totalna albo pełna rewolucja.
Grantham: I dlatego opcja druga była szczęśliwym trafem. Ostatecznie lepiej mieć wojnę, w której każdy wciąga swój ciężar i współpracuje, niż którąkolwiek z pozostałych. Wojny domowe są najgorsze ze wszystkich.
Bartlett: Co się według pana wydarzy? To nie może po prostu robić się coraz bardziej nierówno.
Grantham: Nie, nie może. Potrzebny jest rząd gotowy pójść w ślady Berniego Sandersa — powiedzieć: „Tak, trzeba będzie łagodnie, w długim horyzoncie, przesunąć strukturę podatkową na rzecz nieco ostrzejszej progresji”.
Bartlett: Czyli podatki muszą wzrosnąć. Opoatkować bogatych…
Grantham: …i pomóc biednym. To bardzo proste. Każde społeczeństwo ma jakąś ostrność tej krzywej. Każdy kraj rozwinięty na świecie opodatkowuje bogatych i pomaga biednym — różnica jest kwestią stopnia. W latach 40., 50., 60. robiliśmy to dużo mocniej niż dziś. Poziom pośredni między tamtym a obecnym wystarczyłby w zupełności — gdybyśmy wrócili do polityki lat 1935–75, gdzie dolna ćwiartka bogaciła się o pół procenta rocznie szybciej niż średnia, a ci na szczycie o pół procenta wolniej. Brzmi niegroźnie. I myślę, że moglibyśmy się przez kilka dekad spokojnie przekręcić w lepsze miejsce.
Gdyby miał dziś 33 lata
Bartlett: Gdyby był pan teraz 33-latkim i chciał dorobić się majątku — zdejmuję panu kontakty i wiedzę, musiałby pan przejść drogę od nowa — jaką strategię by pan wybrał?
Grantham: Boże, żebym miał 33 lata.
Bartlett: Naprawdę?
Grantham: To takie ekscytujące czasy.
Bartlett: Co by pan oddał, żeby mieć 33?
Grantham: Nie ma nic, co mógłbym dać w zamian. Ale wszyscy na takiej propozycji powiedzieliby „tak”. Majątek zbudowało się z pracy, szczęścia i kreatywności — można by to odbudować.
Bartlett: A jeśli cel byłby wprost taki: wzbogacić się?
Grantham: Prosta pokusa: wskoczyć w AI z całych sił i próbować być liderem. Wiedzieć o tym obszarze więcej niż kolega obok. Wstąpić do wiodącej firmy i zagrać va banque. Możesz przy okazji przyczynić się do unicestwienia gatunku ludzkiego — ale zadałeś proste pytanie, więc daję prostą odpowiedź.
Bartlett: Chodzi o to, żeby jechać na fali, która właśnie nadpływa, i to na jej czołowej ławce — jak w bańce technologicznej, jak dziś w AI. Więc: zdobądź najcenniejszą informację.
Grantham: Tak. I podejmij mnóstwo ryzyka. Nie bądź konserwatywny.
Bartlett: I ciężko pracuj.
Grantham: I myśl niekonwencjonalnie. Największa ułomność większości ludzi polega na tym, że czują się zobowiązani grać według zwykłych reguł i wierzyć, że eksperci i autorytety wiedzą, co robią. A to, jak zapewne wiesz, po prostu nieprawda.
Portfel dla przeciętnego inwestora
Bartlett: A jeśli ktoś ma tysiąc albo dziesięć tysięcy dolarów i chce je ulokować tak, żeby nie przegrać przez cykle hossy i bessy? Mnóstwo ludzi pisze do mnie o inwestowaniu. Jaka rada dla przeciętnej osoby inwestującej swoją pensję?
Grantham: Kup szeroki indeks akcji spoza USA — na jakieś 60 procent pieniędzy. Potem 5–10 procent w metalach szlachetnych, jeśli to wygodne i sensownie — trochę nieruchomości. Resztę w obligacjach.
Bartlett: S&P 500? Mówi pan: bez USA. To takie zaskakujące, bo wszyscy mówią: kupuj amerykańskie akcje.
Grantham: Oczywiście, że mówią. Przez dwadzieścia lat były zupełnie dominujące — rozgromiły resztę świata. A przez ostatnie dwanaście miesięcy rynki wschodzące dały 65 procent. S&P zrobił dużo lepiej, niż bym zgadywał, ale tylko 25. To dużo mniej niż 65.
Bartlett: I kluczowa jest strategia trzymania długo — nie kupować i sprzedawać.
Grantham: I patrzeć, gdzie był cykl. Mogę Ci powiedzieć — i sam to zobaczysz — że istniał ogromny cykl przewagi S&P, przewagi rynku amerykańskiego nad resztą świata. I co, myślisz, że Ameryka będzie coraz bardziej wyprzedzać resztę świata? Oczywiście powiesz „tak”, bo to jest obecnie w modzie. Zakładamy, że to, co dobre dziś, będzie dobre bez końca — choć historia mówi, że zdecydowanie nie. Żyjemy w świecie, który rotuje z jednego bieguna na drugi, a wierzymy w świat, który ekstrapoluje dzisiejsze warunki. Giełda nie jest efektywna: giełda ekstrapoluje. Kiedy w 1982 było strasznie, brali zgniecione zyski i mnożyli je przez siedem. W 2000, w szczycie marż zysku — proszę bardzo — trzydzieści pięć razy. Podwójnie liczą w najgorszy sposób: gdy jest dobrze, mnożą przez dużo. To inaczej mówiąc ekstrapolacja w odległą przyszłość. Keynes — mój bohater — mówił: ekstrapolacja to konwencja, którą przyjmujesz, choć z własnego doświadczenia wiesz, że świat tak nie działa.
Kryptowaluty: „niepotrzebny nonsens”
Bartlett: Nie użył pan słowa „krypto”. Ile kryptowalut pan posiada?
Grantham: Zero.
Bartlett: Czy kiedykolwiek posiadał?
Grantham: Nie.
Bartlett: Czy kiedykolwiek będzie?
Grantham: Nie.
Bartlett: Czy poradzi to komukolwiek?
Grantham: Nie.
Bartlett: Dlaczego?
Grantham: Bo to niepotrzebny wytwór. Nie służy niczemu poza tym, że przestępcy mogą przenosić pieniądze niezauważenie. Nie jest magazynem wartości, skoro skacze jak opętany — spadł ze 120 do 60, bo tak mu się zachciało. Nie jest stabilny, jest lotny jak diabli. Nie służy wygodnie jako środek wymiany — nie wejdziesz z nim do sklepu. Robi za to jedną rzecz znakomicie: jest pięknym narzędziem spekulacji.
Bartlett: Myśli pan, że bitcoin pójdzie do zera?
Grantham: W odległej przyszłości — tak, z pewnością pójdzie do zera, choć może to potrwać. W odległej przyszłości zresztą wszystko idzie do zera.
Mieszkanie jako inwestycja
Bartlett: A nieruchomości? Pierwszy odruch większości ludzi, gdy mają dość pieniędzy, to kupno mieszkania jako inwestycji. Mówi się nam, że tak zaczyna się budowanie majątku.
Grantham: Trudno sobie wyobrazić, żeby to była dobra decyzja, gdy rosnący odsetek ludzi nie jest stać na kupno — i narasta opór polityczny.
Bartlett: Czy to nie znaczy, że skoro coraz mniej ludzi może kupić, moje mieszkanie będzie warte więcej za dziesięć lat?
Grantham: Nie. Jeśli ludzie nie mogą kupić, nie ma licytantów. A przy okazji: populacja będzie się kurczyć. Liczba młodych rodzin już spada w wielu bogatszych krajach. Młodych rodzin mniej i superdrogie mieszkania — jak myślisz, co się stanie? Możesz rzecz: „A może będzie tajemniczy wzrost liczby rodzin”. Może ta chroniczna zaduma demograficzna — porozmawiajmy o niej — skończy się.
Zapaść płodności: dane, które przerażają
Bartlett: Porozmawiajmy. Były w tym tygodniu artykuły w „New York Timesie” o spadającej dzietności. Jestem zaręczony, próbujemy z partnerką o dziecko — a to nie zawsze jest prosta droga. Sprzedaje się nam obraz: sex bez prezerwatywy i pojawia się dziecko. A mnóstwo moich przyjaciół próbuje latami. Po nagraniach tego podcastu zacząłem wręcz namawiać znajomych do zamrażania komórek jajowych, zarodków, nasienia. Bo jeśli będzie coraz trudniej, będzie potrzebna medycyna — in vitro itd. A mając 33 lata, nie jesteś już u szczytu płodności — ani jako mężczyzna, ani jako kobieta. Walczysz trochę z czasem. I słyszę o problemach z płodnością rzekomo spowodowanych toksynami w środowisku. Pan poświęcił temu dużo czasu. Dlaczego facet znany z zarządzania setkami miliardów mówi o płodności?
Grantham: Zaczynając 27 lat temu od fundacji, zobowiązaliśmy się myśleć o wszystkim, co związane z klimatem. I krążyliśmy we właściwym środowisku, bo następna rzecz, która zaczęła nas martwić, to kataklizmowy spadek liczby owadów. Nie wiem, czy wiesz: biomasa owadów — waga latających owadów — spadła o 50–75 procent w ciągu ostatnich 60–70 lat. E.O. Wilson, sławny „mrówczy” człowiek, uważał, że natura poradzi sobie bez trudu z utratą ludzi, ale nie poradzi sobie z utratą owadów. Owady są w jego odczuciu — i jego kolegów po fachu, których reprezentował — fundamentem natury. Jeśli one zaczną wychodzić z gry, ptaki, którymi się żywią, i płazy zaczynają znikać — co zresztą katastrofalnie już nastąpiło. Jedno pociąga drugie: chrząszcze przestają przerabiać ściółkę leśną, w końcu rzeczy przestają rosnąć, nie ma kto zapylać roślin, szkody się rozchodzą. I on był przekonany, że utrata owadów doprowadzi do mniej więcej zupełnej porażki natury — a my odziedziczymy planetę nienadającą się dla ludzi. Zauważyliśmy, że część tych samych efektów odczuwają ludzie. I wyszedł raport — Shanny Swan i Hagaja Levine’a, chyba skończony w 2011 — który wykazywał, że liczba plemników spada i od pierwszych prac akademickich w 1970 roku prawie się przełożyła na pół. Natychmiast powiedziałem: to pachnie czymś naprawdę ważnym. Trzeba przebadać dane. Wyniki sugerowały, że tempo spadku przyspiesza. Dziś wynosi 2,5 procent rocznie. Nie trzeba być wielkim matematykiem, żeby zrozumieć, że spadek liczby plemników o 2,5 procent rocznie to poziom katastrofalny — nie do utrzymania.
Bartlett: Ile czasu zostało, zanim plemniki po prostu przestaną działać?
Grantham: Nasz najlepszy szacunek: u łowców-zbieraczy było 118 milionów jednostek na mililitr nasienia. Gdy akademicy weszli do tematu w 1970 roku — około 100. Dziś — 35. Jakość i ruchliwość, jak to nazywają, spadły podobnie. Nam, na szczęście, wydano zapas — lubię mówić: jak w wspaniałym moście z epoki wiktoriańskiej. Natura nie ryzykuje: masz więcej, niż potrzebujesz. Dobry szacunek: około 45 milionów jednostek wystarcza, żeby począć dziecko bez trudności. Ten próg przekroczyliśmy jakieś 15–20 lat temu. Młodych par potrzebujących pomocy było wtedy w zaokrągleniu zero. Dziś Światowa Organizacja Zdrowia mówi: około 17 procent. 17 procent młodych par może dziś pomocy użyć. Co oznacza, że zamiast próbować przez tydzień czy dwa, próbuje się miesiącami. Każdy zna dziś taką parę — dokładnie tego można się spodziewać po przejściu od zera do 17 procent. Ale tu jest zabójczy szczegół: Shanna Swan, mój kolega i ja, osobno, policzyliśmy — nie trzeba wielkiego mózgu — że za 20–25 lat przeciętna młoda para będzie potrzebować pomocy, żeby zajść w ciążę. To jest jutro, nie za dwieście lat.
Bartlett: Projekcja doktor Swan mówi, że przy obecnym tempie spadku mediana liczby plemników u mężczyzn osiągnie zero do 2045 roku.
Grantham: Wow. Czyli mediana par nie będzie miała dzieci bez poważnej pomocy.
Bartlett: Oznacza to, że połowa mężczyzn nie będzie miała żywotnych plemników, a druga połowa będzie tuż nad krawędzią niepłodności funkcjonalnej.
Grantham: Kilku wciąż będzie miało pod dostatkiem — może 10 procent w naprawdę dobrej kondycji. Bo rozrzut jest dziś ogromny: są ludzie, którzy mają 200 milionów — lepiej niż łowcy-zbieracze.
Co tego powoduje — i co mówią małe badania
Bartlett: Co to powoduje i jak temu zaradzić?
Grantham: Shanna powiedziałaby: środowisko wokół ciebie, głównie plastik. Tworzywa wypłukują toksyny, a cząstki plastiku — w mózgu i ciele, których dziś, jak już wiemy, jest sporo — też ich wypłukują. Te toksyny to zaburzacze endokrynne: mieszą w hormonach. Trzeba się spodziewać, że obniżają płodność. I mimo to specjaliści od niepłodności, ci, którzy piszą o tym książki — żaden nie wspomina o toksyczności. Wymieniają sto zupełnie solidnych powodów, dla których ludzie decydują się na mniej dzieci.
Bartlett: Zaburzacze endokrynne, jak ftalany — w kosmetykach, szamponach, opakowaniach żywności — obniżają produkcję testosteronu u płodów płci męskiej w pierwszym trymestrze, trwale ograniczając zdolności reprodukcyjne jeszcze przed narodzeniem. BPА, stosowane do utwardzania tworzyw, wyściółek puszek i powlekania paragonów termicznych, to syntetyczne estrogeny: zalewają męskie ciało żeńskimi hormonami, gwałtownie spychając liczbę i ruchliwość plemników. PFAS — „wieczne chemikalia” z patelni nieprzywierających, membran przeciwdeszczowych i dywanów plamoodpornych — kumulują się we krwi i są wprost wiązane z niższą objętością nasienia. A jeszcze mikroplastik: zdumiewające było odkrycie, że fizycznie osadził się w ludzkich łożyskach.
Grantham: Czyż to nie zdumiewające?
Bartlett: W mleku matki i w jądrach. Duże badanie z 2024 roku znalazło mikroplastik w 100 procentach badanych tkanek jąder. 100 procent. Do tego obciążenia biologiczne: siedzenie na krzesłach podgrzewa jądra do zabicia plemników, ogrzewane fotele, gorące laptopy — dosłownie gotują plemniki. I otyłość.
Grantham: I oczywiście palenie, które jakoś umknęło sieci. Jest jeszcze cała osobna gałąź: pestycydy na żywności. Jeśli dasz mi chwilę, opowiem o dwóch małych badaniach. Są malutkie — można by je zignorować, gdyby nie to, że zrobiły je Harvard i Mass General, kandydat do miana najlepszego szpitala Ameryki. Prowadzili klinikę dla osób mających problem z poczęciem. Miał 180 mężczyzn, którzy sami raportowali, co jedzą. Czy jedzą „brudną dwunastkę”, czy jedzą melony i banany, które mają dużo ochrony. Po sześciu miesiącach: ci, którzy jedli najmniej źle, w porównaniu z ćwiartką jedzącą najgorzej — podwojenie liczby plemników. W górnej kategorii: im więcej owoców i warzyw, tym lepsza liczba plemników. W dolnej ćwiartce: im więcej jedli, tym gorzej. Wynik dramatyczny — stosunek dwa do jeden. Dwa lata później zrobili bardzo podobne badanie z kobietami, które miały trudności. Po dziewięciu miesiącach samoopisu: te, które jadły najmniej źle, miały 68 procent skutecznych żywych urodzeń — w klinice niepłodności! — a dolna ćwiartka 38 procent. Znowu prawie podwójnie. To jest życie i śmierć — naprawdę ważne rzeczy. A opierało się wyłącznie na tym, co jedli. Bo pestycydy są pełne tych toksyn i trafiają prosto do ciała. Zjada się je, do cholery. Nie tylko na powierzchni — coś można spłukać, ale są wtworzone w strukturę jagody. Borówki, jabłka, gruszki, brzoskwinie, no i szpinak — to najgorsza czołówka. Banany, pomarańcze, melony — w porządku. Jeśli jesz rzeczy zaprojektowane tak, by zabijać naszych kuzynów — owady, chwasty, grzyby — czemu miałbyś oczekiwać, że nie zrobią strasznej roboty ludziom? I my jeszcze nimi się faszerujemy. A płód okazuje się 100 do 1000 razy bardziej podatny niż my na zewnątrz. Np. palącą matka wyrządzi szkody mniej więcej takie, jakbyś ty palił przez resztę życia. Pomyśl: płód jest podłączony do systemu, wszystko się w nim formuje — nic dziwnego, że jest o nieporównanie bardziej wrażliwy. Są ludzie, którzy sensownie zawracają głowę pierwszym tysiącem dni życia dziecka. Ale to nic w porównaniu z 270 dniami w łonie.
Bartlett: Słyszał pan o atrazynie?
Grantham: Słyszałem.
Bartlett: Atrazyna — nazywana „chemicznym kastratorem” — drugi najpowszechniej stosowany herbicyd w USA, opryskiwany obficie kukurydzę i trzcinę cukrową. Było szalone, recenzowane badanie z UC Berkeley: ekspozycja na atrazynę na poziomach poniżej uznawanych przez EPA za bezpieczne do picia całkowicie chemicznie wykastrowała samce żab, a 10 procent zamieniła w w pełni funkcjonalne samice zdolne do składania jaj. U ludzi wiąże się z ostrym spadkiem ruchliwości plemników i testosteronu.
Grantham: A mimo to unikamy tematu. Bo jest pesymistyczny. My nie walczymy z danymi — my po prostu nie chcemy o tym mówić. Nie chcemy mówić o bessie. Nie chcemy mówić o złej zmianie klimatu, choć wali nas po głowie. Ten rok może być najgorętszy w historii. Wskutek kaprysu El Niño możemy mieć, począwszy od teraz, może najgorsze susze i najgorętszą pogodę, jaką kiedykolwiek zapisano. Trzymajcie się mocno. Ale nie, nie mówimy o tym. Nie mówimy o toksyczności, nie mówimy o wyczerpywaniu zasobów. My po prostu nie robimy złych wiadomości. I nigdy nie widziałem niczego takiego jak ta płodność: dane są przerażające. Zapaść demograficzna jest mierzalna — liczba plemników to jedna z niewielu rzeczy, które naprawdę da się zmierzyć. Naprawdę myślą, że przy spadającej liczbie plemników przyszłość będzie świetna? Naprawdę myślą, że gospodarka będzie działać, jeśli liczba dwudziestolatków wchodzących na rynek zacznie spadać jak kamień? Wiesz, ile wynosi dziś w Japonii liczba dwudziestolatków? 50 procent tego, co w 1948 roku.
Bartlett: O połowę mniej?
Grantham: O połowę. Nie o 15 albo 3,5 procent — o połowę. Dwudziestolatków, którzy napędzają rynek, zgłaszają się do służby wojskowej.
Detoksyfikacja: Unia kontra Ameryka
Bartlett: Co z tym robimy?
Grantham: Mamy dwie rzeczy do zrobienia. Musimy zdetoksyfikować świat — to jest łatwe intelektualnie: zakazujesz trujących chemikaliów. W Unii Europejskiej zrobiło się niezłe początki. Mój ulubiony przykład — i ulubiony wszystkich — to kosmetyki. Kosmetyków się nie je, ale wciera w skórę, co jest drugą najgorszą rzeczą do zrobienia. W kosmetykach jest 10 tysięcy chemikaliów. Unia zakazała 1500. Jeśli zakazała właściwych 1500, to może być trzy czwarte bitwy. Kanada zakazała 550. Stany Zjednoczone zakazały dwunastu. Nie żartuję. A rzecz w tym, że toksyczność jest regionalna. Jeśli Dania, UE albo Wielka Brytania chcą pilnować swoich chemikaliów — będą żyły dłużej i zdrowiej. Jeśli USA chcą stawiać korporacje na pierwszym miejscu — będą żyły krócej. Wiesz, że różnica w oczekiwanej długości życia między USA a Szwecją urosła w ostatnich 70 latach z 2 do 6 lat? Napisałem w kwartalnym liście, że moja fundacja jest gotowa założyć się, że za 50 lat będzie 8–10.
Bartlett: Ludzie w USA nie do końca zdają sobie sprawę z różnicy w produktach, które tu konsumują. Mój fryzjer Damon przyleciał tu dać mi strzyżenie i mówi: „Boże, czuję się źle. Wziąłem jedzenie i po prostu czuję się źle. Za każdym razem, kiedy tu przyjeżdżam, jest mi źle”. Moja ekipa, zanim się tu przeniosłem, latała tu na dwa tygodnie w roku na nagrania — po powrocie byłEM nie tylko grubszy, wszyscy byliśmy jacyś otępiali od tamtego jedzenia. Jakby w tamtej żywności było coś, do czego nasze ciała w UK nie są przyzwyczajone. A jak porówna się toksyczność USA i Europy — widać różnicę. USA dopuszczają 85 pestycydów rolniczych całkowicie zakazanych w UE, Chinach i Brazylii. Ameryka opryskuje ponad 300 milionów funtów rocznie pestycydami uznanymi w Europie za zbyt niebezpieczne, by legalnie ich używać — łącznie z atrazyną, zakazaną w UE ponad dwie dekady temu. W kosmetykach — gdzie to, co wcierasz w skórę, trafia do krwiobiegu — UE zakazała lub mocno ograniczyła ponad 1300 chemikaliów z powodu toksyczności i zaburzania hormonów. Amerykańska FDA: 11. W żywności USA pozwalają na bromian potasu — znany kancerogen dodawany do puszystych pieczyw — oraz BHA/BHT, konserwanty związane z zaburzaniem hormonów; oba surowo zakazane do konsumpcji w UK, UE, Kanadzie i Chinach. Do tego dwutlenek tytanu nadający cukrzykom jaskrawą biel i syntetyczne barwniki jak „czerwień 40”, wymagające w Europie ostrzeżeń lub zakazane z powodu uszkodzeń DNA i problemów neurorozwojowych u dzieci. I jeszcze: sondaż amerykańskiej służby geologicznej wykazał, że co najmniej 45 procent wody z kranu w USA jest zanieczyszczone PFAS — tymi „wiecznymi chemikaliami”, powiązanymi wprost z gwałtownym spadkiem liczby plemników i rakiem jądra. Historycznie USA dopuszczały poziomy PFAS w wodzie pitnej drastycznie wyższe niż te uznane w UE za bezpieczne.
Grantham: Powiedzmy tylko, że UE wiecznie rozdaje zwolnienia i przedłużenia, daleka od doskonałości, z dużym naciskiem korporacji od tyłu — ale jest po prostu dużo mniej zła niż USA.
Bartlett: I USA mają gorszą długość życia.
Grantham: Mają. I są jedynym bogatym krajem świata, w którym piętnaście lat temu długość życia była taka sama jak dziś.
Co możesz zrobić sam: aplikacje, dieta, ciąża
Bartlett: Jedna praktyczna rada dla słuchaczy, których to przytłacza — bo te chemikalia są wszędzie, od paragonów po patelnie: są aplikacje skanujące produkty pod kątem zaburzaczy hormonalnych. Nie jestem z żadną powiązany. Yuka — bardzo łatwa do codziennego skanowania: skanujesz kod kreskowy i dostajesz ocenę na sto. EWG Healthy Living — naukowy złoty standard od Environmental Working Group, głównej straży watchdoga chemikaliów: skanowanie i wyszukiwanie żywności, środków czystości, kosmetyków. Think Dirty — świetna do kosmetyków, szamponów, pielęgnacji: obnaża toksyczną prawdę o produktach beauty. I Clearya — najlepsza do zakupów online: wtyczka do przeglądarki, więc gdy dodasz szampon do koszyka na Amazonie czy Wallmarcie, sama wyskakuje z ostrzeżeniem o składzie. Do tego AI świetnie sobie radzi: robisz zdjęcie i pytasz.
Grantham: A czego naprawdę potrzebujemy, to taki „zielony Amazon”, gdzie wszystko — jedzenie, łóżko, ubrania — ma gwarancję. Byłoby to bardzo poręczne. Ktoś, komu można zaufać, że gwarantuje całą linię produktów. Nie jest to niemożliwe — a zrobione dobrze, można by na tym zarobić.
Bartlett: A jaka rada dla pana dzieci, jak dbać o zdrowie w toksycznym świecie?
Grantham: Rada prosta. Kobiey w ciąży są w tej dziedzinie dużo ważniejsze niż ktokolwiek inny. Jeśli udałoby Cię przekonać ciężarną, żeby: po pierwsze — przez dziewięć miesięcy nie używała kosmetyków (spora oszczędność!), a po drugie — część zaoszczędzonych pieniędzy wydała na ekologiczne owoce z tzw. brudnej dwunastki: borówki, jabłka, brzoskwinie — to moim zdaniem nawet połowa całego problemu znika. To ogromny odsetek, a łatwo osiągalny. Zwykle, jeśli masz szczęście, ogarniasz środowisko rzecz po rzeczy: najpierw kuchenka gazowa, naprawdę szkodliwa, potem czarne tworzywa, patelnia teflonowa. A przy tym wszystkim „zero kosmetyków i ekologiczna wersja brudnej dwunastki” to bułka z masłem. To jest proste. Uchroni Cię przed ogromnymi stratami, których nigdy nie docenisz — bo nigdy się nie dowiesz, o ile lepsze są Twoje dzieci, niż byłyby bez tego. Zresztą to nie tylko dzieci. U kobiet szczególnie — przez komórki jajowe, które wszystkie są już na miejscu w łonie. A potem idzie to na wnuki — mogliśmy udowodnić dwa pokolenia. I najnowsze badania sugerują, że może być ich znacznie więcej niż dwa. Więc masz te chemikalia wtworzone w system — płacą Twoje dzieci, Twoje wnuki i być może jeszcze kilka pokoleń.
(Informacja dodatkowa: „brudna dwunastka” — publikowana przez Environmental Working Group lista dwunastu płodów rolnych o najwyższej zawartości pozostałości pestycydów.)
Rodzina w centrum systemu
Bartlett: Myślę też, że świetnie byłoby, gdyby zachodnie rządy istotnie obniżyły koszty opieki nad dzieckiem i leczenia niepłodności.
Grantham: Oczywiście, że kiedyś to zrobią.
Bartlett: Miałem w podcastie rozmowy ze świetnymi kobietami — w tym z Rondą Rousey, która płakała, bo była chyba w piątej lub szóstej rundzie in vitro i tuż przed wejściem do studia dowiedziała się, że znów się nie udało. Widząc jej łzy, wyszedłem tego dnia i obdzwaniam do ludzi w moim życiu, którzy zbliżają się do wieku spadku płodności, żeby naprawdę zaczęli myśleć o planowaniu rodziny — zamrażaniu komórek, zarodków. Z partnerką zrobiliśmy to: zamroziliśmy zarodki. To drogie, zwłaszcza w USA, i trudne.
Grantham: I psychologicznie wyniszczające. Brutalne.
Bartlett: Codziennie przez dwa tygodnie robiłem jej zastrzyki, przechodziła huśtawkę hormonalną — ale dla nas gorsza była alternatywa: nigdy nie mieć dzieci, bo jest trudno, bo toksyny i tak dalej. I stałem się trochę kaznodzieją wśród bliskich w kwestii planowania rodziny, bo wszyscy myśleliśmy, że można to odłożyć na później. Mamy po trzydzieści parę lat i mówiliśmy: „później”. A okazuje się, że dla wielu tak nie jest.
Grantham: Pozwól, że wrócę. Zadałeś ważne pytanie: co robić? Odpowiedziałem: detoksyfikować system — a potem oboje rzuciliśmy się na chemikalia, co i tak słuszne, bo to łatwe intelektualnie: zakazać tych cholernych substancji. Dociskanie korporacji, żeby się wycofały i dały rządom to zrobić — to byłby dobry pomysł, tylko trudny. Korporacje mają ogromną władzę, w USA bezprecedensową, ale w UE i UK również bardzo poważną. Musimy ich zmusić do odwrotu. Musimy zaczynać zakazywać tych cholerstw — inaczej nie będzie dzieci. Ale po drugie — i to dużo trudniejsze — musimy zdetoksyfikować kapitalizm. Musimy powoli, lecz konsekwentnie, przekształcić nasze kapitalistyczne normy społeczne w dużo przyjaźniejsze rodzinie i dzieciom. Przez następne kilka pokoleń musimy dojść do społeczeństwa, które pojmuje, że 2,1 zdrowego, dobrze wykształconego dziecka to część dóbr wspólnych. Ty możesz nie mieć dzieci w ogóle.
Bartlett: Przepraszam, co znaczy 2,1?
Grantham: To liczba dzieci na parę, przy której bogate społeczeństwo ma stabilną populację. Mniej niż 2,1 na parę — dość szybko wychodzisz z gry. Więcej — dość szybko stajecie sobie na barkach. Dobra wspólne — to jak dawne wspólne pastwisko, na które każdy mógł wypuścić owce. I zwykle każdy wypuszczał ich więcej, niż pastwisko zniosło, aż wkrótce nie było na nim trawy. Zna się to jako tragedia wspólnego pastwiska. Wszyscy potrzebujemy czystego powietrza, czystej wody, żyznej gleby — i 2,1 zdrowego, dobrze wykształconego dziecka. Bez któregokolwiek z tych elementów społeczeństwo upada. I wszystkie muszą być traktowane jako odpowiedzialność zbiorowa. Całe społeczeństwo, cała wieś musi w końcu być trochę jak kibuc. Trzeba postawić wszystko za tym, żeby posiadanie dzieci było wykonalne — bo lista ekonomicznych i społecznych powodów (plus toksyny), przez które ludzie nie mogą mieć 2,1 dziecka, robi się tak długa i groźna. A nic dotąd nie zadziałało. Próbowano — powiedz mi — dwustu różnych rzeczy na całym świecie. W jednym czy dwóch przypadkach wydawano kilka punktów procentowych PKB. I nic nie przyniosło trwałego wzrostu dzietności.
Rada dla Dave’a, Jenny i Clive’a
Bartlett: Dla przeciętnego słuchacza — Dave’a, który wozi taksówką, Jenny z recepcji, Clive’a-pielęgniarza — co jest najważniejszą rzeczą, o której nie porozmawialiśmy, a powinniśmy?
Grantham: Myślę, że muszą przygotować się na trudniejsze czasy, niż oczekiwali. I powoli łapią to. Życie przez ostatnie 10–20 lat było cięższe, niż się jako dzieciom wydawało — albo niż inni im obiecywali. Część to polityka, część nierówność, ale efekt netto: czasy są twardsze. Trudniej kupić mieszkanie lub zapłacić czynsz. Pracy jest mniej. I pewnie będzie gorzej.
Bartlett: Co znaczy „przygotować się”?
Grantham: Planować życie tak, jakby nie miało być łatwo. I zbudować małą rezerwę gotówki. I załatwić sobie użyteczny zawód — taki, który w szerszym sensie wypracowuje Twoją część dla społeczeństwa.
Bartlett: Przekwalifikować się, nauczyć czegoś…
Grantham: …mechanicznego: naprawianie, serwisowanie. Inżynierii. Rzeczy, które będą potrzebowały ludzi. I badania, nauka ogólnie.
Bartlett: Zawierać przyjaźnie. Żyć, jeśli się da, w zżytej wspólnocie — choć dziś to bardzo trudne. A myślałby pan o kraju, w którym się mieszka?
Grantham: Absolutnie.
Bartlett: Jest jakiś kraj, w którym nie chciałby pan mieszkać?
Grantham: Muszę odmówić odpowiedzi na to pytanie, bo mogłoby mnie obciążyć.
Bartlett: Ach — czyli mówiąc „nie mieszkać w USA”? Ale dlaczego nie Stany?
Grantham: Mam amerykańskie dzieci i wnuki. Ale to kraj, w którym jest zbyt wielka szansa, że kontrakt społeczny się rozpuszcza. Wiesz, mam żartobliwą zasadę numer 21 w inwestowaniu: nigdy nie wyciągaj wniosków z Japonii — Japończycy są ekstremalnie różni pod każdym względem. Ale jednym sposobem, w którym są inni, jest ich niesamowity kontrakt społeczny. To, co naprawdę niepokoi Japończyków, to gdyby postawiono ich w pozycji, w której nie mogą postąpić odpowiedzialnie społecznie.
Bartlett: Co znaczy „kontrakt społeczny”?
Grantham: Umowa: będę zachowywać się tak, żeby pomagać sąsiadom i społeczeństwu; robię to, czego ludzie ode mnie oczekują; nie będę się wygłupiać.
Bartlett: A panu się wydaje, że w USA tak nie jest?
Grantham: Moim zdaniem w USA każdy robi to, co uważa za najlepsze dla siebie i swojej rodziny — a reszta niech się引き bawi. Kiedy przyjechałem do Ameryki, korporacje miały poczucie, że coś zawdzięczają społeczności, w której działają, miastu, w którym pracują. Budowały stadion, były częścią wspólnoty. Dziś już nie. Wszystkie są w istocie zimnokrwistymi, maksymalizującymi zysk przedsiębiorstwami międzynarodowymi.
Bartlett: A dlaczego to złe miejsce do życia? Co się dzieje dalej?
Grantham: To, że sąsiedzi nie interesują się Tobą i Twoim dobrem.
Bartlett: No to nie będę gadał z sąsiadem.
Grantham: A to samotne miejsce. I kiedy przyjdzie kłopot, jesteś w poważnych opałach — bo siatka bezpieczeństwa jest tu bardzo nieskuteczna. Jest miara, którą uważam za chyba najważniejszą pojedynczą miarę cywilizacji: umieralność matek w połogu. Ile osób umiera, rodząc? W Nigerii na 100 tysięcy — 480, mniej więcej. W Ameryce, w populacji czarnej — 44. W całej populacji — 21, 20. Ciekawostka: w populacji amerykańskich Azjatów — 13. I niżej listą: w Wielkiej Brytanii — 5. W Niemczech — 4. W Szwecji — 2,1. W Norwegii — zero. Nie zmarła tam żadna matka ani w zeszłym roku, ani rok wcześniej. Jaka lepsza definicja cywilizacji niż opieka nad rodzącymi matkami? Jak to możliwe, że kraj mniej więcej najbogatszy na świecie — i to nie tylko najgorszy w bogatym świecie, ale o 50 procent gorszy od przedostatniego — ma o połowę więcej zgonów matek niż drugi najgorszy kraj rozwinięty? Jak to możliwe? Odpowiedź: to się po prostu dzieje. Bo nierówność w systemie medycznym jest tak skrajna, że jeśli nie masz mnóstwa pieniędzy, całkiem realnie możesz umrzeć w połogu. Oczywiście liczby nie są wielkie — 20 na 100 tysięcy — ale to straszliwy kontrast.
Bartlett: To znak czegoś. Znak kontraktu społecznego.
Grantham: Dokładnie.
Bartlett: Gdzie więc dobrze mieszkać?
Grantham: Dania, Japonia. Nawet Francja, Niemcy. Wielka Brytania ma odrobinę amerykańskiej choroby — ale niezbyt dużo.
Bartlett: A gdyby pana dzieci powiedziały: „Tato, myślimy o wyprowadzce z USA”?
Grantham: Powiedziałbym, że to całkowicie rozsądny temat do rozważenia. Dokąd, dlaczego, z jakim planem.
Bartlett: Myślę o Danii, tato.
Grantham: Cóż — jeśli Cię przyjmą. W rzeczach, które naprawdę się liczą — długości życia, zdrowiu, siatkach bezpieczeństwa, wskaźnikach morderstw, umieralności — to różnica jak niebo i ziemia. A w rzeczach, które się naprawdę nie liczą, ale wyglądają spektakularnie, mamy ogromne ilości tworzonego majątku, który trafia do stosunkowo małego odsetka ludzi — i to olśniewa w średnich, bo tak działają liczby. Ale spójrz, jak wypada dolna ćwiartka: Ameryka wcale nie wypada dobrze.
Pytanie od poprzedniego gościa
Bartlett: Mamy zamykającą tradycję: poprzedni gość zostawia pytanie dla następnego, nie wiedząc, dla kogo. Pytanie brzmi: gdybyś nie mógł zawieść, jaki następny cel byś sobie postawił?
Grantham: W latach 60. napisano książkę „Silent Spring” — Rachel Carson, chyba tak się nazywała pisarka. Przez sporo lat robiła to, czego książki prawie nigdy nie robią: stała się politycznym potworem, każdy ją studiował, miała skutek. Zmieniła reguły gry. Napisałbym coś o toksyczności i o kontrakcie społecznym — tak naprawdę o pielęgnowaniu rodziny. Musimy w końcu znaleźć wspólnotę, która zachęca do dzieci. To jest ciemna strona brutalnie wydajnego kapitalizmu: fokus na finansowym sukcesie i bardzo mało miejsca dla wspólnoty i wychowywania dzieci. Jeśli tego nie zrobimy, jako społeczeństwo dość szybko polegniemy. Musimy zdetoksyfikować świat. Musimy stworzyć środowisko, w którym ludzie chcą mieć dzieci. Gdybym mógł napisać książkę, która powtórzyłaby los „Silent Spring” — siadłbym do niej jutro i zaczynał.
(Informacja dodatkowa: „Silent Spring” („Wiosna bez ptaków”) Rachel Carson, 1962 — książka, która zainicjowała nowoczesny ruch ekologiczny i doprowadziła do zakazu DDT.)
Bartlett: Czyli „narodziny wiecznego niedźwiedzia”.
Grantham: „Wiecznego” trzeba by wziąć w cudzysłów.
Bartlett: A ta książka, którą napisał pan naprawdę — „The Perils of Long-Term Investing in a Short-Term World”, Jeremy Grantham i Edward Chancellor. Dla kogo jest?
Grantham: Dla ludzi zainteresowanych giełdą. Jest w tym trochę klimatu i toksyczności. Mój współautor jest profesjonalistą i dość rozsądnie próbował mnie ograniczać — uważał, że nasz główny rynek to inwestorzy, których odstraszyłoby za dużo dzisiejszych tematów.
Bartlett: Znajdziemy tam ekonomię, inwestowanie w wartość, bycie niedźwiedziem, rozpoznawanie bańki i co z tym wszystkim zrobić. To naprawdę użyteczny sposób myślenia, który czyni bardziej realistycznym — zwłaszcza gdy psychologia bierze górę i czyni Cię lekkomyślnie optymistycznym.
Grantham: I bardziej pewnym własnego osądu. Wielkie firmy nie mogą Ci doradzać — to samobójstwo dla ich interesu. Jesteś więc sam. Patrz na dane. Bańka nie jest trudna do zobaczenia: jest taki płaski krajobraz, a potem himalajski szczyt, który w końcu wraca do normy. I to dokładnie widzimy. Tak właśnie wygląda historia. Znaj odwagę, żeby na to patrzeć, wyciągnij własny wniosek, wyjdź z najbardziej niebezpiecznej części — i zrób to teraz. Nie czekaj na pomoc, bo pomoc nie nadejdzie. Duże organizacje niemal nigdy nie łapią wielkich punktów zwrotnych, bo nie mogą podjąć związanego z nimi ryzyka kariery. Każda wielka korporacja potrzebuje lidera z umiejętnościami politycznymi. I centralna umiejętność polityczna w życiu okazuje się taka: nigdy nie myl się w pojedynkę. To znowu Keynes: możesz się mylić w towarzystwie — można razem skoczyć z klifu i nigdy przez to nie stracić pracy. Ale jeśli cokolwiek robisz sam, prędzej czy później się pomylisz. I, cytuję, „nie spotkasz się z wielką łaskawością”.
Bartlett: Jeremy, dziękuję. Dziękuję za wszystko, co pan robi. Porusza pan tyle tematów — to fascynujące i zmusiło mnie do myślenia. Zapisywałem sobie garściami pana myśli — do biznesu, przyjaciół, rodziny. To świadectwo pana szerokości i mądrości.
Grantham: Wracając do pytania o miliardera: mniej więcej pod koniec tego roku faktycznie podpisaliśmy czeki na łącznie miliard dolarów dla świata walki ze zmianą klimatu.
Bartlett: To wspaniałe — zwłaszcza że w tej chwili, przez politykę, klimat znika z radarów. Rzadziej pojawia się w wynikach spółek.
Grantham: Zgadza się. Ale ten rok będzie, obawiam się, od teraz tak koszmarnie gorący. Możliwe, że najbliższe dwanaście miesięcy — od teraz do tego czasu przyszłego roku — będzie najgorętszym dwunastoma miesiącami w historii. Tu, tam i wszędzie.
Bartlett: Cieszę się, że są głosy takie jak pana, które dokładają do tych rozmów idei i mądrości. Książkę linkuję poniżej. Jeremy, dziękuję.