O czym jest ten film
- Madonna wyjaśnia, dlaczego po latach przerwy zgodziła się na wywiad bez okazji promocyjnej: chce się podzielić duchową drogą, która — jej słowami — uratowała jej życie. Kabalą zajmuje się nieprzerwanie od 1996 roku.
- Życie duchowe definiuje jako życie wewnętrzne: codzienny moment zatrzymania, modlitwy lub kontemplacji. Pieniądze, sława i liczba obserwujących nie dają spokoju — to iluzje, które zgubiły wielu jej rówieśników.
- Nic nie jest według niej przypadkowe: wszystko, co nas spotyka, jest lekcją. Pytanie brzmi „czego mnie to uczy?”, a nie „dlaczego mnie to spotkało?” — inaczej zostaje się ofiarą.
- Do praktyki duchowej doprowadziła ją ciąża z córką Lolą: przestraszyła się odpowiedzialności za innego człowieka i zaczęła szukać odpowiedzi. Wcześniejszym etapem była asztanga joga i lekcja nauczyciela Eddiego Sterna: „Oddychasz? To ćwiczysz jogę”.
- Twórczość opisuje jako przepuszczanie przez siebie „światła”: „Nie jestem właścicielem swojego talentu, jestem jego zarządcą”. Album „Ray of Light” powstał w całości pod wpływem nauki. Prince, Michael Jackson i Basquiat — jej zdaniem — ulegli wypaleniu, bo nie mieli „żarnika”, ogranicznika dla tego światła.
- Wspomina traumy z Nowego Jorku (napad z bronią, zgwałcenie) i przekonanie o opiece anioła stróża; najtrudniejsze wydarzenia dzieciństwa, w tym śmierć matki, uważa za to, co uchroniło ją przed powrotem i przegranym życiem.
- Opowiada o dnie emocjonalnym: walce o opiekę nad synem podczas trasy koncertowej oraz momentach, gdy rozważała samobójstwo. Wychodzi z tego lekcja radykalnej akceptacji — przyjęcia, że to, co się dzieje, miało się wydarzyć.
- W 2023 roku trafiła na OIT z posocznicą i przez cztery dni była nieprzytomna. We śnie ukazała jej się matka z pytaniem: „Chcesz ze mną iść?”. Odpowiedź „nie” — usłyszana przez asystentkę — zrozumiała później jako wezwanie do wybaczenia.
- Jej powracającą lekcją była zdrada i porzucenie; antidotum okazało się odwrócenie pytania: „Kogo ja porzucam? Jak porzucam samą siebie?”. Rozróżnia poczucie winy (ego, blokada) od odpowiedzialności (droga do wzrostu).
- Kończy wątkiem wybaczenia umierającemu bratu, nowymi piosenkami („Fragile”, „Forgive Yourself”) oraz tezą, że sztuczna inteligencja odtworzy formuły, ale nie świadomość — a algorytmy są zaprzeczeniem ryzyka i niepowtarzalności.
10 najważniejszych takeaways — z kontekstem zastosowania
1.Życie wewnętrzne to praktyka, nie przekonania
Na czym polega: Dla Madonny duchowość nie jest zbiorem wierzeń, lecz regularnym rytuałem: czasem wyrwanym każdego dnia na modlitwę, medytację lub lekturę, żeby zatrzymać się i zapytać o intencję własnych wyborów. Bez tego zostaje tylko pęd: praca — dom — telefon, czyli „nigdzie”.
Jak stosować: Wpisz w kalendarz stały, powtarzalny slot (codziennie 10 minut albo raz w tygodniu godzina). W jego trakcie zadawaj trzy pytania: po co to robię, czego mnie to uczy, co zrobiłem dla innych. To pytania, nie afirmacje — liczy się ich rytm.
Na co uważać: W zabiegane dni praktyka znika jako pierwsza, „bo nic nie robi”. Tymczasem to jedyny moment, który nie jest konsumpcją świata. Trzeba go traktować jak termin z najważniejszym klientem.
2.„Czego mnie to uczy?” zamiast „dlaczego ja?”
Na czym polega: Madonna opisuje pułapkę mentalności ofiary: cierpienie wydaje się wieczne i „niezasłużone”, a porównywanie się z innymi zabija radość. Wyjściem jest zmiana pytania — każde wydarzenie, także bolesne, traktować jako lekcję, nie karę i nie przypadek.
Jak stosować: Przy najbliższym kryzysie złap się na myśli „dlaczego właśnie mnie?” i celowo ją dokończ inaczej: „czego mnie to uczy? co mam z tym zrobić inaczej?”. Madonna przyznaje, że dziś sięga do tego pytania szybciej niż kiedyś — ale nie natychmiast i nie zawsze.
Na co uważać: Wiedza o karmie nie czyni nikogo dorosłym. Życzenie „karma ich dopadnie” to nadal mściwość przebrana za mądrość. Lekcja i zemsta to dwie różne rzeczy.
3.Radykalna akceptacja skraca cierpienie
Na czym polega: Nauczyciel powiedział jej w szpitalu: „Im szybciej przyjmiesz to, co się dzieje — i to, że nie wiesz, kiedy się skończy — tym szybciej się skończy”. Walka z faktami („będę jak nowa od razu”) tylko przedłuża ból, bo utrzymuje cię w oporze przeciw rzeczywistości.
Jak stosować: W chorobie, kryzysie czy utracie nazwij wprost: „to się dzieje, nie wiem, jak długo potrwa, a mimo to będzie okej”. Następnie zawęź uwagę do tego, co dziś realnie od ciebie zależy. U Madonny ta nauka zajęła lata — potraktuj akceptację jako kierunek, nie jednorazowy akt.
Na co uważać: Akceptacja to nie zgoda na krzywdę ani rezygnacja z działania. To także nie gwarancja wyniku — niektórzy, jak mówi, nigdy nie wracają do pełni sił. Akceptujesz proces, nie obietnicę happy endu.
4.Wina paraliżuje, odpowiedzialność uwalnia
Na czym polega: Madonna ostro oddziela samoobwinianie („powinnam była, źle wybrałam”) od odpowiedzialności. Wina to, jej zdaniem, pochłonięte ego i zawstydzanie siebie — blokuje wzrost. Odpowiedzialność to przyznanie się do błędu plus pytanie: „czego się uczę?”.
Jak stosować: Gdy złapiesz się na samooskarżaniu, przerwij i zmień formułę na: „zrobiłem błąd — czego mnie on uczy? co naprawiam?”. Jej przepis na przejście: „przełknij dumę, każ ego się zamknąć”.
Na co uważać: Okładanie siebie sprawia wrażenie pracy nad sobą, ale niczego nie zmienia. To ta sama pułapka ofiary, tylko z odwróconym znakiem — zamiast winić innych, winisz siebie.
5.Powracający motyw zdrady — odwróć pytanie na siebie
Na czym polega: Jej życiowa lekcja-powtarzaczka to zdrada i porzucenie. Przełom przyszedł, gdy przestała pytać „dlaczego mnie porzucają?”, a zaczęła: „kogo ja porzucam? jak porzucam samą siebie? jak długo nie słucham swojego wewnętrznego głosu?”.
Jak stosować: Wypisz swój powtarzający się scenariusz (zdrada, odrzucenie, brak uznania — u każdego coś innego). Potem spisz, w jakich sytuacjach ty robisz to samo innym i sobie. Dopiero z tej listy wychodzą konkretne zmiany zachowań.
Na co uważać: Motyw wraca, dopóki lekcja nie jest odrobiona — to nie pech, tylko informacja. I uwaga na egocentryzm: kto jest całkowicie pochłonięty sobą, nie ma kontaktu nawet z samym sobą.
6.Jesteś zarządcą talentu, nie jego właścicielem
Na czym polega: Madonna powtarza wskazówkę nauczyciela: „nie jestem właścicielem swojego talentu, jestem jego zarządcą”. Sukces, który przypisujesz wyłącznie sobie, kończy się wraz z twoją formułą; sukces traktowany jako coś, co przez ciebie przepływa, daje się dzielić — w pracy, przyjaźni, rodzicielstwie.
Jak stosować: Po każdym sukcesie zatrzymaj się i uznaj źródło: kto pomógł, co „przyszło” nie wiadomo skąd. Jej praktyka to jedno zdanie: „jakim szczęściem jestem obdarzona — zrealizowałam to z pomocą Boga”. Nawet jeśli nie wierzysz w Boga, działa sama zmiana atrybucji: „ja to zrobiłem sam” na „udało mi się być gotowym”.
Na co uważać: Ego szepcze: „to ja to wymyśliłem, zrobię to znowu” — i pcha do odtwarzania sprawdzonych recept. Madonna widzi w narkotykach „światło bez żarnika”: kreatywność bez ogranicznika wypala. Tryb wiecznej ekspansji ma ten sam mechanizm.
7.Manifestuj po to, by się dzielić
Na czym polega: Rozróżnia pragnienie „dla siebie” (dziesięć bugatti, rezydencje) od pragnienia „dla dzielenia się”. Pierwsze daje krótki przypływ radości i kończy się; drugie współpracuje z czymś większym — jesteś w partnerstwie, nie w solo.
Jak stosować: Przy każdym dużym celu dopytaj: „kto na tym skorzysta oprócz mnie?”. Jeśli odpowiedź brzmi „tylko ja”, to sygnał, że budujesz na piasku. Uznawanie źródła pomysłów („skąd to przyszło?”) to według niej sedno prawdziwego manifestowania.
Na co uważać: Iluzja samodzielności — „head w piasku” — sprawia, że wszystko, co zbudujesz, jest skończone i kruche. Paradoksalnie: im mocniej przypisujesz sukces sobie, tym szybciej traci sens.
8.Wybaczenie jako odłożenie bagażu
Na czym polega: Urazę Madonna nazywa więzieniem, trucizną i „rodzajem raka”. Najtrudniej wybacza się najbliższym — bo oni ranią najmocniej. Po latach milczenia to jej umierający brat poprosził o pomoc; zgodziła się, a ulga była natychmiastowa: „bagaż, który mogłam wreszcie odłożyć”.
Jak stosować: Zacznij od decyzji, nie od uczucia — lista uraz, wybór jednej, jeden gest dobrej woli (rozmowa, list, pomoc). Wybaczenie nie wymaga wznowienia relacji w dawnej formie; wymaga zdjęcia z siebie ciężaru.
Na co uważać: Ego będzie odkładać sprawę w nieskończoność („potem do niego zadzwonię”). U Madonny pojednanie nastąpiło przy łożu śmierci — warto nie czekać do momentu, gdy zostanie już tylko jedna opcja. A wybaczyć trzeba też sobie: „jeśli nie możesz mi wybaczyć — wybacz sobie”.
9.Rytuał cotygodniowego wstrzymania i przeglądu
Na czym polega: Stała, rytmiczna praktyka — nauka, modlitwa przed każdym koncertem, cotygodniowe studium — to jej mechanizm powrotu do środka. Bez wsparcia ludzi o podobnej wrażliwości łatwo spaść z powrotem do odtwarzania „formuł, które działają”.
Jak stosować: Ustal jeden niepodlegający negocjacjom moment w tygodniu na przegląd: co zrobiłem, co chcę zrobić, czy wykorzystałem okazje — „nie w sensie pieniędzy, lecz ducha: czym pomogłem komuś?”. Zadbaj o otoczenie: choć jedną osobę, z którą można o tym rozmawiać.
Na co uważać: Praktyka koliduje z logiką zarządu i producentów („czemu nie ma koncertu tego wieczora?”). Ludzie ocenią cię powierzchownie — „spóźniła się” — nie wiedząc, co robiła wcześniej. Trzeba przyjąć, że rytuał będzie kosztował wizerunkowo.
10.Niepasowanie chroni; algorytmy są zaprzeczeniem świadomości
Na czym polega: Madonna przez całe życie czuła się outsiderką — w Michigan, Nowym Jorku, Hollywood — i to, jej zdaniem, ją uratowało: nadmiar komfortu to zgupa ludzi, którzy zaczynali od ryzyka. Dziś wszyscy podążają za algorytmami, a te są przeciwieństwem ryzyka, niepowtarzalności i świadomości — dlatego sztuczna inteligencja odtworzy wykonywanie formuł, ale nie świadomość.
Jak stosować: Traktuj „niepasowanie” jako zasób: pytaj niewygodne pytania (w wierze, w pracy, w zespole), wybieraj drogę mniej uczęszczaną, ograniczaj decyzje podejmowane pod publiczną aprobatę. Świadomie oddzielaj to, co robić, bo działa algorytmicznie, od tego, co robić, bo jest twoje.
Na co uważać: Życie duchowe nie robi cię popularnym — tak samo decyzje niezgodne z algorytmem. Dzieci (i odbiorcy) odrzucą twój kierunek, zanim — może — do niego wrócą. W duchowości, podkreśla, nie ma przymusu: albo coś do ciebie przemawia, albo nie.
Redakcyjne tłumaczenie
Dlaczego dziś, bez niczego do sprzedania
Jay Shetty: Zacznę od pytania, którego rzadko mam okazję zadać komuś takiemu jak ty. Nie udzielasz wielu wywiadów — nie widzieliśmy cię w tej roli dobre dziewięć, dziesięć lat. Po co tu jesteś? Dlaczego akurat teraz?
Madonna: W przeszłości rozmawiałam z mediami wtedy, gdy miałam coś do promowania — płytę, trasę, film. Dziś chcę mówić o moim życiu duchowym i o drodze, którą idę od ponad dwudziestu ośmiu lat. To, czego się w tym czasie nauczyłam, pomagało mi przetrwać wzloty i upadki — brzmi banalnie, ale nie mam lepszego określenia. Ludzie pytają mnie od lat: „Skąd jesteś jeszcze przy zdrowych zmysłach? Co cię trzyma? Dlaczego nie odpadłaś po drodze, jak tylu innych?” — sporo moich rówieśników już nie żyje. No i co jest kluczem? Ja zawsze odpowiadam tak samo: moje życie duchowe. Gdybym go nie miała, nie byłabym tam, gdzie jestem, i nie byłabym tym, kim jestem. Nie przyjechałam tu niczego sprzedawać i nie chcę, żeby ktokolwiek cokolwiek kupował. Chcę się podzielić czymś, co w dosłownym sensie uratowało mi życie. Brzmi dramatycznie, ale to prawda.
Jay Shetty: Widać, że to dla ciebie coś bardzo osobistego — i coś, czego zwykle nie masz okazji opowiedzieć. Spróbujmy więc tak: jak wyglądałoby twoje życie, gdybyś tej drogi nie znalazła?
Madonna: Uwierzyłabym, że świat fizyczny jest wszystkim, co istnieje. Uwierzyłabym we wszystkie iluzje — i to by mnie zgubiło. Tak jak gubi większość ludzi.
Czym jest dla mnie życie duchowe
Jay Shetty: Co to słowo właściwie znaczy dla ciebie? „Duchowość” znaczy coś innego dla każdego.
Madonna: Życie duchowe może oznaczać bardzo wiele rzeczy. Wiem, że ty też masz swoją drogę — a dla mnie nie chodzi o to, czyja jest lepsza. Liczy się to, co działa. Studiuję kabałę od dwudziestu dziewięciu lat, od 1996 roku.
(Informacja dodatkowa: kabała to mistyczna tradycja w obrębie judaizmu; Madonna związana jest z Centrum Kabały w Los Angeles właśnie od 1996 roku.)
Jay Shetty: To długo.
Madonna: Bardzo długo. I nie jestem osobą lekkoduszną — nie cierpię głupców i nie udaję przed nimi cierpliwości. Gdybym wyczuła w czymś fałsz, korupcję albo nieautentyczność, nie zostałabym tam ani dnia. Przez cały ten czas miałam tego samego nauczyciela.
Życie duchowe to dla mnie posiadanie życia wewnętrznego. Bo jeśli uwierzymy, że nasza wartość zależy od tego, czy ludzie nas kochają, czy nam aplaudują, ile mamy pieniędzy, ile olśniewających strojów albo obserwujących na Instagramie — to nas nie uszczęśliwi i nie da nam spokoju. Życie wewnętrzne to umiejętność zajrzenia w siebie i jakaś stała praktyka, nieważne jak wygląda: modlitwa, medytacja — po prostu czas wyrwany każdego dnia, żeby się zatrzymać i dokonać przeglądu.
Żyjemy w świecie zabieganym i chaotycznym. Hałas, rozpraszacze. Ile razy słyszało się: „ludzie nie potrafią przejść ulicy bez słuchawek”, „każdy musi być ciągle czymś bodźcowany” — nie ma spokoju, nie ma ciszy. Nie umiemy być w ciszy sami ze sobą, zajrzeć do środka i zapytać: po co tu jestem? Co ja właściwie robię? Jaka jest moja intencja w tym konkretnym wyborze, który właśnie podejmuję — w pracy, w wychowaniu dzieci, w każdej naprawdę decyzji? Te pytania muszę zadawać sobie sama. A jeśli nie masz życia wewnętrznego, nigdy się nie zatrzymasz i niczego nie zapytasz — po prostu przeturlasz się przez życie. I wszystko, co cię spotyka, będziesz brać za zbieg okoliczności. Ja nie wierzę, że cokolwiek jest przypadkowe. Wszystko, co nas spotyka, miało nas czegoś nauczyć. Pytanie tylko, czy jesteś dość uważny, dość rozbudzony i dość zaciekawiony, żeby szukać odpowiedzi: dlaczego mnie to spotkało? Jaka to lekcja? Nie chcę iść przez życie, traktując wszystko jako losową niedola — ale nie chcę też iść przez życie jako ofiara. A miałam życie naprawdę wymagające. Łatwo wpaść w pułapkę litości dla samej siebie: „czemu mnie, a nie innych? czemu nie mam tego, co tamten?” Porównywanie się zabija radość. Trzeba z tej gry wyjść — i właśnie po to potrzebujesz życia duchowego.
Bo popatrz: usuwasz praktykę duchową — zostaje ci praca. Usuwasz pracę — zostaje dom. A potem i z domu wyrywa cię telefon…
Jay Shetty: …który wynosi cię nawet z domu. Dobra uwaga.
Madonna: To więc gdzie w ogóle jesteś? Nigdzie. Żyjemy w świecie wirtualnym — nawet nie materialnym.
Jay Shetty: Sam świat wirtualny nie jest zły…
Madonna: Ale bez świadomości naprawdę nie ma po co żyć. Jedna bardzo ważna rzecz: nauka. Znaleźć co tydzień czas, usiąść i się uczyć. Można studiować Biblię, poezję Chalila Gibrana, Wedy…
Jay Shetty: Ty rzeczywiście zaglądałaś do różnych tradycji. Ale zacznijmy wcześniej — dlaczego w ogóle szukałaś odpowiedzi?
Madonna: Bo miałam wszystko, co — jak zakłada większość ludzi — daje szczęście. Karierę, sławę, fortunę, rzeczy materialne. I nie byłam szczęśliwa.
Zanim była kabala: lekcja oddechu
Madonna: Wcześniej zaczęłam praktykować jogę — asztangę. Mój nauczyciel, Eddie Stern, prowadzi studio do dziś…
Jay Shetty: Uwielbiam Eddiego, jest świetny.
Madonna: Jest niesamowity. Ja zapałałam ambicją: pierwsza seria, druga, trzecia — wciągnęłam się w rywalizację. Ale zauważyłam, że do studia przychodzili ludzie, którzy w ogóle nie robili asan — siadali przed posągiem Ganeszy, palili świece, modlili się. I Eddie w pewnym momencie mi to wyłożył, bo miewałam kontuzje albo wyjazdy i nie mogłam ćwiczyć. Pytał: „Oddychasz?” — „Tak”. — „To ćwiczysz jogę”. Zrozumiałam, że byłam zbyt przywiązana do fizycznych pozycji. On mówił: „Nie, nie rozumiesz. Asany są tylko sposobem, żeby przez oddech wyciszyć układ nerwowy i wrócić do siebie. Umyka ci cała istota”.
(Informacja dodatkowa: Eddie Stern — nowojorski nauczyciel asztangi jogi, uczeń Śri K. Pattabhi Joisa.)
Na ścianie studia wisiał obraz z napisem: „pragnienie i oderwanie”. Spytałam, co to znaczy. Odparł: „Oczywiście, że chcemy wszystkich pięknych rzeczy — przyjemności, szczęścia, chcemy wszystkiego. I nie ma w tym nic złego. Ale nie możesz się do tego przywiązywać. Bo co się z tobą stanie, jeśli tego nie dostaniesz?”
Kolacja w Los Angeles, na której wszystko się zaczęło
Madonna: A potem — bo nic nie dzieje się przez przypadek — zaszłam w ciążę z moją najstarszą córką, Lolą. Mieszkałam wtedy w Los Angeles i nagle dotarło do mnie: będę odpowiadać za innego człowieka. Co jej mam przekazać? Bo ja byłam jak meteor, przelatujący przez tę planetę. Świetne instynkty przetrwania, świetna etyka pracy, ogromna ambicja — owszem. Ale po prostu taranowałam życie i nie oglądałam się za siebie. Tak samo trafiłam do Nowego Jorku: „nigdy nie wrócę do życia nikogo, które miałam jako dziecko”. Napędzał mnie wewnętrzny ogień, ale nie nazwałabym siebie wtedy duchową ani świadomą. W ciąży nagle zobaczyłam, że nie wiem nic — i że jestem niewolnicą czyichś opinii o mnie. Z zewnątrz wyglądałam na pewną siebie, odważną, bezczelną… a w głębi nie byłam.
I byłam akurat na kolacji u przyjaciół w Los Angeles. Obok siedziała kobieta, którą znałam powierzchownie — kostiumolog, jej mąż reżyser. Mówi: „Powinnaś pójść ze mną na zajęcia”. — „Na jakie? Jestem otwarta, uwielbiam być studentką”. — „Jest tam nauczyciel. Coś, co nazywa się kabałą. Obok synagogi”. — „Czekaj, więc on jest Żydem?” — „Tak, ale to nie ma nic wspólnego z religią. To raczej filozofia życia, z której możesz dużo wynieść”. — „Dobra, idę”. I tak poznałam mojego nauczyciela. Latami siedziałam z tyłu sali — wtedy to byli głównie mężczyźni. Ale wszystko, co mówił, miało dla mnie sens. Dodawało mi odwagi, by być tym, kim jestem i kim mam być. I zmusiło mnie do prawdziwego myślenia o intencji i sensie. Bo sensem życia nie może być „chcę być bogata i sławna, chcę sprzedawać miliony płyt” — nic z tego nie trwa.
Dopiero na tych zajęciach zaczęłam o tym wszystkim myśleć. I tak jakoś trwałam do dziś. Macierzyństwo — bycie rodzicem — to właśnie ono kazało mi zacząć zadawać pytania, które powinnam była zadać sobie znacznie wcześniej. Ale byłam zbyt zajęta sobą.
Ambicja i duchowość to nie przeciwieństwa
Jay Shetty: Zadziwiające, że ta ambicja i pęd do sukcesu szły u ciebie równolegle z tym duchowym wołaniem. Jak pogodziłaś dwie rzeczy, które z zewnątrz wydają się sprzeczne? Wiele ludzi zakłada, że duchowość i kariera się wykluczają.
Madonna: To absurd. Tak mówią ludzie o wąskich horyzontach. Żeby coś osiągnąć, trzeba mieć życie duchowe. Sukces to mieć życie duchowe — kropka. Miałam kiedyś chłopaka; po latach od rozstania zobaczyliśmy się i opowiadałam mu o kabałe. Na to: „Aha, to wszystko zgadza się, bo wychowałaś się jako katoliczka, wiem, jak religijna była twoja matka”. — „Nie, nie, to coś zupełnie innego. To nie ma nic wspólnego z religią”. Każdy musi znaleźć drogę, która do niego przemawia i z nim rezonuje. Ale ważne, żeby jakąś miał. I powiem śmiało: gdybyś ty nie miał drogi duchowej, nie osiągnąłbyś tego, co masz — ani w pracy, ani w małżeństwie, ani w przyjaźniach. Wiem, że brzmi to jak banał — duchowość ma po prostu złą prasę. A można w stu procentach łączyć jedno z drugim. Gdybym tego nie miała, mnie tu by nie było.
„Ray of Light”, czyli kanał światła
Jay Shetty: Porozmawiajmy o tym, jak to życie wewnętrzne przenika twoje role. Odegraliśmy ich wiele — zacznijmy od artystki, bo z nią utożsamia się większość widzów. Kiedy po raz pierwszy weszło to do twojej sztuki?
Madonna: Mniej więcej rok po rozpoczęciu nauki nagrałam płytę „Ray of Light” — i jest ona w całości owocem moich studiów i praktyki.
(Informacja dodatkowa: „Ray of Light” (1998), nagrany po dwóch latach nauki kabaly, uznawany jest za najbardziej duchowy album w dorobku Madonny.)
Jakby otworzyły mi się drzwi. Może byłam duchowa nieświadomie, na długo zanim to nazwałam. Zdarzały się rzeczy: wizje, pomysły, które potem urzeczywistniały się same. Ale jeśli jesteś zbyt zajęta, żeby na chwilę usiąść i pomyśleć: „wow, właśnie stało się coś niesamowitego — to przyszło przeze mnie” — to nawet nie wiesz, że sięgasz w inny wymiar. Nie wiesz, dopóki nie zaczniesz uważać i nie dopuścisz myśli, że życie to coś więcej niż ty i ja siedzący na krzesłach w tym pokoju. Jeśli wierzysz w energię, w prawa wszechświata, w fizykę kwantową — możliwości są nieograniczone, a cud przestaje być pojęciem obcym. To nie szczęśliwy traf.
To zdecydowanie wpłynęło na moją twórczość. Uświadomiłam sobie, że jestem — i jestem — przewodem światła. To nie jest moje w sensie własności. Jestem naczyniem dla tego światła, a moim zadaniem jest dzielić się nim z innymi. Mogę to robić przez pracę, przez muzykę, przez relacje — jako przyjaciółka, jako matka. To zaczyna przenikać każdą część życia. A jedna z najważniejszych rzeczy, których nauczył mnie nauczyciel: nie jestem właścicielem swojego talentu. Jestem jego zarządcą. Dopóki to pamiętasz, jesteś w porządku. Tracisz to w chwili, gdy biegniesz krzyczeć: „To ja to zrobiłam! Mój pomysł!”
Jay Shetty: Stworzyłaś sobie przestrzeń na bycie naczyniem dla tego, co przez ciebie płynie.
Madonna: Nazwij to, jak chcesz. Ja mówię: magia. Kiedy przepuszczasz przez siebie pomysły artystyczne i masz wizje — to magia. A kiedy zaczynasz tego nadmiernie analizować, liczyć, ile z tego jest twoje — zamykasz dopływ. Dlatego, to moje spostrzeżenie, wielu ludzi ma oszałamiające kariery: wystrzelą, zawładną światem, poruszają masy… a potem coś się dzieje i nie potrafią udźwignąć tego światła — i nawet tego nie zauważają.
Jay Shetty: W pewnym sensie lecą za blisko słońca i ono ich parzy.
Madonna: Dokładnie. I to jest prawda o wielu moich znajomych — miałam szczęcie ich znać. Prince, Michael Jackson, Jean-Michel Basquiat…
(Informacja dodatkowa: Jean-Michel Basquiat — nowojorski malarz, przyjaciel Madonny z początków jej kariery; zmarł w 1988 roku w wieku 27 lat.)
Jay Shetty: …oni też przepuszczali przez siebie coś większego.
Madonna: Przepuszczali światło. Ale nie rozumieli, co właściwie przepuszczają. A musi być jakieś ograniczenie — jakiś żarnik. Ludzie chętnie biorą narkotyki, prawda? Dlaczego? Bo „się odpalają” — de facto przepuszczają światło, na przykład w tripie. Tyle że bez ogranicznika. I właśnie to człowieka zabija albo wypala.
Jay Shetty: To nigdy nie była twoja droga do światła.
Madonna: O nie. Nie, nie, nie. Bogu dzięki — bo wszyscy wokół…
Jay Shetty: Co cię od tego trzymało, skoro wszyscy tak robili?
Madonna: Wszechświat. Bóg. Szczerze mówiąc. Ludzie ciągle mnie o to pytają. Przysiadłam do Nowego Jorku bez grosza, bez przyjaciół, bez dachu — praktycznie bez niczego. Co mnie chroniło? Okradano mnie z bronią w ręku, napadano, zostałam zgwałcona — spotkało mnie mnóstwo potwornych rzeczy. Ale czuję, że zawsze miałam anioła stróża. Zajęło mi tylko trochę czasu, żeby pojąć, jak byłam błogosławiona.
Jay Shetty: Opowiedz o drodze od tych przeżyć do tej świadomości — bo zakładam, że nie przyszła z dnia na dzień.
Madonna: Najpierw była determinacja. Miałam tak nieszczęśliwe dzieciństwo, że cokolwiek działo się w Nowym Jorku, myślałam: „cokolwiek — i tak lepiej niż tam, skąd przyszłam”. Nie wracam. Zresztą najgorsze rzeczy, które cię spotykają, bywają zarazem najlepszymi. Gdyby moje dzieciństwo było inne — gdybym nie straciła matki, gdyby nie te wszystkie wyzwania — traktowałabym dom jak miejsce ukojenia i wróciłabym. A nie wróciłam. I to mnie trzymało.
Potem były zmagania w samej karierze — bo nawet przy wielkich sukcesach przechodziłam okresy, w których prasa brała mnie na getChild… okładała ze wszystkich stron, byłam demonizowana. Co mnie trzymało? Nie wiem. Mówię: aniołowie stróże. Ale znów — nie byłam tego świadoma do czasu ciąży. Wtedy wszystko zaczęło się ostrzyć. I niech to nie zabrzmi zbyt lekko: im więcej wiesz, tym wszystko trudniejsze. Im bardziej próbujesz zdobyć świadomość, tym więcej prób cię spotyka. Im więcej wiesz, tym wyraźniej widzisz, jak niewiele wiesz. A im wyżej celujesz, tym mocniej masz wrażenie, że inni próbują cię ściągnąć w dół i udowodnić ci, że to wszystko nieprawda. Życie to egzamin — co tu dużo mówić.
Jay Shetty: Jak udawało ci się utrzymać to piękne przekonanie — że nie jesteś światłem, tylko zarządcą światła — skoro każdy inny na twoim miejscu uznałby, że nim jest?
Madonna: Tym, że nie przestawałam praktykować i uczyć się. To zawsze ściąga cię z powrotem do środka.
Jay Shetty: Udawało ci się to na trasach, przy budowaniu albumów?
Madonna: Absolutnie. Wszystkich wokół wkurzałam. Menadżer: „Czemu nie możemy grać tego wieczora?”, „Czemu się spóźniasz?” — bo się modlę, no właśnie. Modlę się przed każdym koncertem. Ludzie myślący wyłącznie o pieniądzach nie myślą o życiu duchowym. A szczerze: bardzo trudno godzić bycie rodzicem, pracę i praktykę. Nonstop żonglerka, mało wytchnienia. Skoro nikt tego nie dostrzega, ocenią cię po wierzchu: „spóźniła się”. Nie wiedzą, co robiłam, zanim się spóźniłam.
Macierzyństwo, którego nie planowała
Jay Shetty: Duchowość a rola matki. Powiedziałaś, że to właśnie macierzyństwo rozpoczęło tę podróż — jak to wyglądało od środka?
Madonna: Moja matka umarła, gdy byłam mała — rok po narodzinach mojej najmłodszej siostry, po urodzeniu wszystkich nas. Zawsze więc utożsamiałam macierzyństwo ze śmiercią. Widziałam też, że ona nie była szczęśliwa — że nie żyła życiem, które chciała żyć. Więc macierzyństwo kojarzyło mi się ze śmiercią, z brakiem wolności, z życiem wyłącznie dla innych. Kiedy zaczynałam karierę w Nowym Jorku, myślałam: „to nie dla mnie, nie chcę być matką”. Nie mówiłam tego na głos, ale nosiłam to w sobie: czemu miałabym oddać wszystko, na co tak ciężko pracowałam? Aż któregoś dnia okazało się, że jestem w ciąży. Uciekałam przed tym latami. Relacja nie była stabilna, ale kochałam ojca mojej córki. Nie przemyślałam tego głęboko, ale powiedziałam sobie: „skoro się stało, to miało się stać”. I zaraz potem: a co ja, u licha, będę jej uczyć? Jak ją poprowadzę? Żyłam do tej pory życiem całkowicie egoistycznym — w wielu wymiarach wyszło mi to na dobre, ale robiłam wszystko dla siebie. I jakoś zgadzałam się z myślą: „jestem w ciąży, więc będę matką, jakoś to ogarnę”. Szczerze? Bałam się jak nigdy w życiu. I znowu — historia mojego życia: nieustannie znajduję się w miejscach nietypowych, niestandardowych, obcych i muszę się przestawiać. I powiedziałabym, że właśnie dlatego wciąż tu jestem i mam siłę walczyć i przetrwać. Bo nadmiar komfortu to zguba wielu ludzi, którzy zaczynali od brania ryzyka.
Jay Shetty: To coś, co robi z człowiekiem sukces? Że na początku ryzykujesz, a potem się osadzisz?
Madonna: To spotyka innych, nie mnie. Ja zawsze czułam się outsiderką. W Michigan, gdy przyjechałam do Nowego Jorku, gdy zamieszkałam w Los Angeles i zrobiłam sobie hollywoodzkie życie — zawsze jak w liceum: nie pasuję. I to niepasowanie ratuje. Kabalą nie interesował się nikt z moich znajomych. Jak o niej mówiłam, słyszałam: „o, ciekawe”. Życie duchowe nie zrobi cię popularnym. Ale jeśli jesteś człowiekiem świadomym, szukającym prawdy — będzie ciekawie.
Dzieci: bez przymusu
Jay Shetty: Gdy zostałaś mamą, chciałaś pewnie przekazać dzieciom część tej nauki?
Madonna: Wyrastały z tym — uczyły się albo słuchały, jak studiuję z nauczycielami, albo słuchały innych. I raz uważały to za głupotę, „dziwactwo mamy”… ale widzę, że to zostawiło ślad w każdym z nich.
Jay Shetty: Skąd to widzisz?
Madonna: Bo studiują. Nie wszyscy. Ale mam wrażenie, że te moje dzieci, które mają życie duchowe, są szczęśliwsze od tych, które go nie mają.
Jay Shetty: Mogą przecież zacząć w każdej chwili.
Madonna: W duchowości nie ma przymusu. Albo coś do ciebie przemawia, albo nie.
Jay Shetty: Mój tata próbował nam coś przekazać latami, a ja odrzucałem to z całych sił…
Madonna: No właśnie — dzieci zawsze odrzucają rodziców: ich drogę, ich system wartości. Wydają im się głupie, a potem… trochę do nich wracają. Jest takie znane powiedzenie: dnia, w którym odkrywasz, że rodzice mieli rację, twoje dzieci właśnie mówią ci, że jej nie masz.
Jay Shetty: I to doświadczenie jest zdumiewająco powszechne.
Ojciec: od „religijnego automatu” do człowieka
Jay Shetty: Jak ta nauka wpłynęła na twoją rolę córki? Straciłaś mamę, gdy miałaś pięć lat…
Madonna: W jakimś stopniu czułam w dzieciństwie urazę do ojca — wydawał mi się emocjonalnie nieobecny. Miał mnóstwo obowiązków i był głęboko wierzącym katolikiem, ale miałam wrażenie, że podążał tą drogą, bo tak został wychowany — tak się po prostu robiło. Gdy pytałam: „Dlaczego tak robimy? Dlaczego przyklękamy? Dlaczego przyjmujemy ciało i krew Chrystusa?” — ojciec nie miał odpowiedzi. Powtarzał: „tak jest napisane”. A tym, co przyciągnęło mnie do kabaly, było właśnie to, że można było pytać i były odpowiedzi — pytania były wręcz zapraszane. Dokładna odwrotność domu, z którego przyszłam. Widziałam więc w ojcu coś w rodzaju religijnego automatu. Nie że to nie był dobry człowiek — ale ja nie chciałam być automatem.
A mając własne życie duchowe, zaczęłam widzieć w ojcu człowieka. Człowieka, który popełniał błęsty — błędy — i zrobił najlepiej, jak umiał, z tego, czego go nauczono i co dostał. Kiedy te elementy zaczynają się układać ci w głowie, przychodzi znacznie więcej współczucia — nie tylko dla rodziców, dla wszystkich ludzi, którzy nie widzą życia tak jak ty i z którymi się nie zgadzasz. To doprowadziło mnie do miejsca, w którym mogłam mieć dla niego więcej czułości i zrozumienia.
Jay Shetty: To wygląda na wielki dar. Duchowa perspektywa tworzy współczucie, bo pozwala oddalić się i spojrzeć na czyjeś całe życie. Pamiętam moment, w którym sam poczułem współczucie dla taty — gdy odwiedziłem dom, w którym dorastał. Ta izba… nie ma porównania. Cały jego dom miał chyba tyle, co stąd do tutaj — a łazienkę dzielili z dwudziestoma, trzydziestoma rodzinami. Miałem dziewięć lat, wyszliśmy przed dom — Indie, Pune — karaluchy pod nogami, nietoperze nad głowami. Nie mogłem uwierzyć, że tam dorastał. I coś we mnie zaskoczyło: gdybym tego nie zobaczył, nie miałbym tego przeżycia — bo tak łatwiej było po prostu zakładać, że ich życie wyglądało jak nasze.
Madonna: No właśnie. Mówię moim dzieciom: „osądzacie mnie po rozdziale, na którym otworzyliście książkę. Tak nie wyglądało całe moje życie”. Dzieciom bardzo trudno to dostrzec.
Od ofiary do ucznia
Jay Shetty: Opowiedz o drodze emocjonalnej — z pozycji ofiary na tę drugą stronę. O etapy, które słuchacz mógłby rozpoznać u siebie.
Madonna: Pierwsza sprawa: cierpisz cały czas. Bez życia duchowego cierpienie wydaje się nie mieć końca i masz poczucie, że los dobrał ci najgorszą kartę. Tak kiedyś myślałam. A nawet po rozpoczęciu nauki miewałam chwile naprawdę ciężkie. Gdybym wtedy nie miała tej praktyki… Były w moim życiu momenty, w których chciałam się okaleczyć. Poważnie rozważałam odebranie sobie życia. Pewnie dziwnie to brzmi z moich ust, bo nie jestem typem rozbitym emocjonalnie. Ale mówiłam sobie: tego bólu już nie zniosę. A w chwili, gdy rozumiesz, że to, co cię spotyka, to wyzwanie, które karmicznie miało cię spotkać — z którego masz się czegoś nauczyć i wznieść na wyższy poziom świadomości — możesz patrzeć na to wydarzenie jak na lekcję, a nie karę.
Jay Shetty: Jaki ból wtedy pchnął cię najgłębiej?
Madonna: Nie gram we wskazywanie winnych — kiedyś grałam. Zawsze chciałam się mścić: ktoś mnie skrzywdził, to zaraz głośno ogłaszałam, że „karma go dopadnie”. Ale sama znajomość karmy nie czyni człowieka dorosłym ani nie wyzwala z roli ofiary. Najbardziej bolesnym momentem, w którym naprawdę nie widziałam lasu za drzewami, była walka o opiekę nad synem. Małżeństwa się rozpadają — ludzie żenią się z niewłaściwymi osobami, nie pasują do siebie. Ale że ktoś próbuje odebrać mi dziecko… równie dobrze mógłby mnie od razu zabić — tak wtedy myślałam. Byłam akurat na trasie. Każdego wieczoru musiałam wychodzić na scenę — a ja leżałam na podłodze w garderobie i szlochałam. Naprawdę sądziłam, że to koniec świata. Nie mogłam tego udźwignąć.
Dziś, Bogu dzięki, tak już nie myślę. I to właśnie kontynuowanie nauki, wytrwanie na tej drodze, pomogło mi zrozumieć: wróg siedzi w nas samych.
Jay Shetty: Rozwiń to.
Madonna: Wielu ludzi robi złe rzeczy i dokonuje wyborów, które zadają innym ból, cierpienie, chaos. Ale na koniec dnia ja potrzebowałam odrobić pewne lekcje — widzę to dziś z perspektywy, choć wtedy byłam na to ślepa. I jeszcze jedno: byłam porzucona jako dziecko przez własną matkę. Tracić dziecko było jak powtórka z życia. Nie mogłam tego przyjąć. A niezdolność do przyjmowania rzeczy takimi, jakie są, zadaje nam wszystkim ogromne cierpienie. Dziś mogę powiedzieć, że z synem jestem naprawdę dobrymi przyjaciółmi — wtedy nie byłam w stanie tego zobaczyć. Sądziłam, że świat się kończy. Dzięki Bogu miałam życie duchowe.
Jay Shetty: Czy lekcją była radykalna akceptacja?
Madonna: Tak, dokładnie. I zajęła mi dużo czasu — kilka lat. Radykalna akceptacja to przyjęcie, że to, co się dzieje, miało się wydarzyć i że będzie dobrze. Nie przychodzi z dnia na dzień — nic nie przychodzi z dnia na dzień. Od cierpienia nie ma ucieczki: nawet jeśli dorastaliśmy w bogactwie i przywilejach, nie w jednej izbie — nasze wyzwania i ból przyjdą w innej postaci.
Szpital, sepsa i „nie” powiedziane matce
Madonna: Dam ci inny przykład radykalnej akceptacji — coś, co powiedział mi nauczyciel jakieś półtora roku temu. Byłam na próbach do trasy i złapałam bakteryjne zakażenie. Minutę wcześniej tańczyłam — chwilę później byłam na oddziale intensywnej terapii. Obudziłam się po czterech dniach nieprzytomności. Odłączyli mnie od respiratora, zaczęłam oddychać samodzielnie. To była sepsa — posocznica, która może zabić.
(Informacja dodatkowa: hospitalizacja Madonny miała miejsce latem 2023 roku, tuż przed trasą koncertową Celebration.)
Jay Shetty: To poważna sprawa.
Madonna: Każdy wraca do zdrowia w innym tempie. A ja zawsze widziałam siebie jako superbohaterkę: „przejdzie mnie, zaraz wracam na próby”. Tymczasem nie miałam siły, nie miałam energii, nie mogłam wyjść z łóżka — i nie wiedziałam, kiedy to się skończy. Rozmawiałam o tym z nauczycielem, a on: „Im szybciej przyjmiesz to, co się dzieje — i to, że nie wiesz, kiedy się skończy — tym szybciej się skończy”. To miało dla mnie ogromny sens. Bo są ludzie, którzy nigdy nie wracają do pełni sił. I znów ta sama zasada: jeśli będziesz siedzieć i litować się nad sobą — „biedna ja, nie przyjmuję tego, nie przyjmuję” — utkniesz w cierpieniu po uszy.
Jay Shetty: Wspomniałaś o karmie. Jak ty ją rozumiesz?
Madonna: Moje osobiste rozumienie jest takie: dusze wybierają życie, w które się rodzą, i okoliczności, w których przychodzą na świat. Nasze dusze są doskonałe — a potem trafiają w życie, które jest jednym wyzwaniem po drugim. Naszym zadaniem jest przejść przez to i dostrzec, że każde wyzwanie jest naszym karmicznym przeznaczeniem. To energia, prawo przyczyny i skutku — fizyka kwantowa. Wszystko, co mi się przydarza nieprzyjemnego, miało mi się przydarzyć po to, żeby mnie czegoś nauczyć. I jeśli w danym momencie nie wyciągnę lekcji, sprawa wróci. Znowu i znowu — aż się jej nauczę i przyjmę, że to lekcja, nie kara. Właśnie tak wychodzi się też z mentalności ofiary.
Jay Shetty: Która lekcja wracała ci dłużej, niż byś chciała?
Madonna: Zdrada. Albo porzucenie — czasem idą w parze. Przez długi czas miałam poczucie, że ludzie mnie nieustannie porzucają albo zdradzają. To trzymało mnie w stanie litości dla samej siebie, w obwinianiu innych — zamiast wziąć odpowiedzialność: jak ja to na siebie ściągnęłam? Dlaczego to wraca? Skoro ciągle wraca, to ewidentnie mam się czegoś nauczyć. Każdy, kto się zastanowi, znajdzie u siebie coś takiego: rzecz, która zawsze wraca. U każdego jest to co innego. U mnie porzucenie. I największą lekcją — taką, po której przestało mnie to niszczyć i paraliżować — było odwrócenie pytania: a jak ja nie staję się dla innych? Kogo ja porzucam? Jak ja porzucam samą siebie? Jak długo nie słucham siebie — swojej wewnętrznej prawdy, wewnętrznego głosu?
Wszyscy w pewnym momencie życia żegnamy się ze swoim wewnętrznym „ja” — aż coś nas obudzi. Prędzej czy później coś nas przyciśnie, nie ma wyjątków. Trzeba to sobie uświadomić: od wystawiania na próbę nie ma ucieczki. Od bólu — fizycznego czy emocjonalnego — nie ma ucieczki. I paradoks: kiedy myślisz wyłącznie o sobie i jesteś sobą pochłonięta, tak naprawdę nie masz kontaktu nawet z samą sobą.
Jay Shetty: Jak dziś przetwarzasz zdradę, odrzucenie — to, o czym mówiłaś? Czym różni się to od dawnego sposobu?
Madonna: Mniej czasu spędzam na litowaniu się nad sobą, na roli ofiary, na obwinianiu — a szybciej przechodzę do: „dlaczego mnie to spotkało? jaka to lekcja?”. Dochodzę do tego szybciej niż kiedyś.
Jay Shetty: A gdzie przebiega granica między samoobwinianiem a odpowiedzialnością? Bo wielu ludzi wpada w pułapkę: przestają winić innych i zaczynają winić siebie — „powinnam była, źle wybrałam”.
Madonna: Samorefleksja, przyznanie się do swojego zachowania i wzięcie za nie odpowiedzialności to nie to samo, co poczucie winy. Poczucie winy to pochłonięte ego.
Jay Shetty: Zawstydzanie samej siebie.
Madonna: Właśnie. I niczym na nim nie zyskasz — blokuje wszelki wzrost. Zdumiewające jest to, że w ogóle można przyspieszyć dojście do pytania: „czego mogę się z tego nauczyć?”. To jest pytanie ostateczne. Ale uwierz mi, nie siedzi we mnie na stałe. Czasem zapominam i łapię się na tym, że znów robię to samo, wpadam w stary schemat. I znowu: nie bij się. No dobrze — popełniłam błąd, czego mnie on uczy? Przełknij dumę. Powiedz ego, żeby zamilkło.
Manifestowanie: partnerstwo, nie solo
Jay Shetty: Wspomniałaś wcześniej o manifestowaniu. Jak wygląda ten proces u ciebie?
Madonna: Jeśli coś ci się udaje, a nie jesteś świadoma, że to dar od wszechświata, światła, stwórcy — jak zwał, tak zwał — to dobrze: wymyśliłaś coś, co sprzedaje się w miliardach. Ale wszystko staje się skończone, kiedy realizujesz swoje plany bez świadomości, że jesteś dla nich kanałem. Nie jesteś ich właścicielką. To jest kluczowa sprawa. Więc jeśli mam udany koncert, jeśli cokolwiek, co robię, świat odbiera jako sukces, mówię: jakim szczęściem jestem obdarzona — zrealizowałam to z pomocą Boga. Nie zrobiłam tego sama. Niczego nie robię samodzielnie. A jeśli sądzisz, że działasz w pojedynkę, to chowasz głowę w piasek — i cokolwiek budujesz, kiedyś się skończy.
Jay Shetty: Jeśli ktoś czegoś pragnie, musi więc uznać, że to nie tylko jego ręka…
Madonna: Świadomość wymaga pracy. Widzenie, że coś przez ciebie przepływa i jesteś dla tego naczyniem — też wymaga pracy. Masz w tym swoją rolę, ale nie działasz samotnie. O to chodzi.
Jay Shetty: A wielu z nas myśli: zrobię to, dostanę tamto — i wtedy będę kimś.
Madonna: To pragnienie z egoistycznych pobudek. Manifestowanie sukcesu to chcieć czegoś po to, żeby się dzielić. A kiedy chcesz czegoś tylko dla siebie — „będę szczęśliwa, jak będę mieć dziesięć bugatti, rezydencję w każdej stolicy i zostanę ambasadorką Louis Vuitton” (bez urazy dla Louis Vuitton, tak tylko rzucam) — te rzeczy rzeczywiście dodają ludziom radości. Ale na krótko. Prędzej czy później każdy sam do tego dochodzi; jedyna różnica to, czy prędzej, czy później.
Pierwsza piosenka, czyli skąd to się bierze
Madonna: Pomyśl o pierwszej piosence, którą napisałam. Sama nauczyłam się grać na perkusji, a chłopak, z którym wtedy byłam, grał w zespole i pokazał mi kilka prostych akordów na gitarze. Gdy nikogo nie było w domu, bawiłam się wszystkimi instrumentami — bez planu, bez „będę tym albo tamtym” — po prostu któregoś dnia usiadłam i napisałam pierwszą piosenkę. I byłam bardzo świadoma zaraz po tym fakcie: skąd to się wzięło? Jak to możliwe? Nie dorastałam wśród muzyków ani kompozytorów. Nie miałam ambicji, by to być. Skąd więc to przyszło? Kiedy zaczynasz otwierać oczy na to „skąd?”, zaczynasz widzieć możliwości, magię życia. I rozumiesz: to był dar. Zjawili się aniołowie w moim pokoju — i co ja zrobię z tym darem? Takie momenty przydarzają się każdemu, przez całe życie — czy to ratujesz komuś życie, czy przychodzi ci genialny pomysł na wynalazek. Wszyscy jesteśmy nimi obdarowywani. Ważne jest jedno: uznać, skąd to przyszło. To jest prawdziwe manifestowanie.
Jay Shetty: Powiedz na głos, czego chcesz od życia — to ważne.
Madonna: Tak. Ale jesteś w partnerstwie. O tym trzeba pamiętać.
Rytuał, otoczenie i niepasowanie
Madonna: I jeszcze: stajemy się swoim otoczeniem. Dlatego warto otaczać się ludźmi, którzy myślą podobnie — którzy też dążą do większej świadomości, chcą rozumieć głębsze sensy, zaglądać do środka, zastanawiać się nad swoim karmicznym przeznaczeniem. Choćby dopuszczali samą myśl o karmie. Bo bez takiego wsparcia łatwo wrócić do odtwarzania sprawdzonych recept, do prób ponownego przywołania magicznego momentu.
Jay Shetty: To ego przejmuje stery: „ja to zrobiłem, zrobię to znowu”.
Madonna: Zadziwiające, jak bardzo nasze wychowanie i edukacja działają dokładnie odwrotnie — wszyscy wierzymy, że…
Jay Shetty: …ratuj się, kto może.
Madonna: Właśnie. Nie.
Jay Shetty: Ile trzeba „odwarunkowania”, żeby z tego wyjść — i żeby nie wpaść z powrotem?
Madonna: Mieć życie duchowe, praktykę, naukę — i nie przerywać. Zatrzymywać się. Nie wiem — codziennie, raz w tygodniu. Jeśli nie masz w życiu żadnego rytualnego momentu, to co w ogóle ma cię zatrzymać? Musisz mieć tę chwilę, w której myślisz o tym, co zrobiłaś, co chciałabyś zrobić, czy wykorzystałaś okazje, które stanęły ci na drodze — nie w sensie pieniędzy, lecz ducha: czym pomogłam komuś? Co zrobiłam dla innych? To naprawdę jedyna droga do sukcesu w życiu.
Intencja we wszystkim
Jay Shetty: Co próbowałaś przekazywać w swojej muzyce? Jak chciałaś pomagać ludziom?
Madonna: Na początku po prostu chciałam być kimś. Mieć głos. Chciałam zmienić świat — ale nie miałam jasności, co to znaczy. Dziś mam.
Jay Shetty: I co to znaczy dziś?
Madonna: To, że wszystko, co mówię, ma ciężar i znaczenie. Słowa są potężne, czyny są potężne. I zawsze pytam siebie: dlaczego to robię? Dlaczegóż ta piosenka jest dla mnie ważna? Ten występ? Ta rozmowa, którą właśnie prowadzimy? To jest cała różnica: mieć intencję i świadomość. Wiem, że powtarzam w kółko to samo — nie znajduję lepszych słów. „Samoświadomość”? Nie do końca, bo brzmi jak coś egoistycznego… jak dzień w spa. Nie żeby nie dało się tego docenić — ja by się spokojnie mogła odprężyć w spa. Dach cieknie mi od miesiąca. Ale spa nie da trwałego szczęścia.
Paradoks światła i ciemności
Madonna: Trzeba żyć w paradoksie. Najwięcej światła jest tam, gdzie ciemność — to właśnie tam można odsłonić go najwięcej. W ciemnym pokoju zapalasz światło — i to jest moment. A co zrobisz w pokoju, w którym już jest jasno? Nie ma z czym walczyć.
Jay Shetty: Czyli mamy szukać ciemności?
Madonna: Nie. Ale kiedy trafiamy w miejsce ciemne — kiedy brakuje nam światła, nadziei, natchnienia, wizji — właśnie wtedy trzeba sobie powiedzieć: „to moja szansa, by wnieść światło w ciemne miejsce”. Duchowa mądrość nie jest potrzebna, kiedy wszystko toczy się po naszej myśli. Sprawdza się w próbie. I przydaje się w szczęściu — bo przypomina, że w każdej chwili może go zabraknąć. Więc nie traktuj niczego jako oczywistości. Bądź pokorna. Bądź wdzięczna, kiedy idzie ci dobrze — i bądź wdzięczna, kiedy jesteś wystawiana na próbę. To trudne. Dla mnie było trudne. Nadal jest. Ale cieszę się, że wiem to, co wiem.
Wybaczenie bratu
Jay Shetty: Mam wrażenie, że wybaczenie jest dziś jedną z najtrudniejszych rzeczy na świecie — czy to po zdradzie, kłamstwie, wykorzystaniu. Wszyscy znamy stare powiedzenie, że „wybaczanie jest dla ciebie, nie dla nich”…
Madonna: A kto to powiedział?
Jay Shetty: To takie powszechne sformułowanie — z tej szkoły myślenia, że nie warto żywić urazów.
Madonna: No — i słusznie, że nie warto. Prawdą jest, że wybaczenie ostatecznie wyzwala nas samych. Ale oczywiście cały świat zyskuje na naszej empatii, na naszej zdolności przebaczania.
Jay Shetty: Opowiedz, jak to wygląda u ciebie — bo to nie zawsze było twoją mocną stroną.
Madonna: Jestem wojowniczką. Kto mnie dotknie, dostanie ode mnie. Zawsze tak było. Ale co robisz, gdy przydarza ci się coś, co nie ma namacalnego wroga, którego można wskazać palcem? Musisz oprzeć się o radykalną akceptację. Zdarzały mi się rzeczy, o których myślałam: „temu człowiekowi nigdy nie wybaczę. Nigdy”. Dziś już nie chcę tych uczuć. To więzienie i trucizna — nie móc wybaczyć, żyć w urazie, nienawidzić, życzyć komuś cierpienia. To jest jak trucizna. Jak rak. Dlatego trzeba znaleźć sposób, by przebaczyć nawet ludziom, których uważamy za największych wrogów.
Przez bardzo długi czas takim człowiekiem był dla mnie mój brat, który niedawno umarł. Bo najtrudniejsi są ci, z którymi czujemy się najbliżej — najwięksi sojusznicy, którzy się odwracają. Najbardziej ranią nas ci, których kochamy najbardziej. I kiedy życie nie układa się tak, jak oczekiwaliśmy, ból wydaje się nie do zniesienia i ma się złudzenie, że uratuje nas mściwość albo wieczne niewybaczanie — że to da nam jakąś władzę, magiczną moc. Nie daje. To tylko przygniata i wyjada od środka.
(Informacja dodatkowa: Christopher Ciccone, starszy brat Madonny — artysta i projektant wnętrz — zmarł w październiku 2025 roku.)
Wiem, że mówię zagadkami, ale jeśli kogoś, kogo kochasz całym sercem, zdradzi w sposób pokazujący, że w tamtej chwili nie miał w sobie żadnej świadomości — to gorzka pigułka do przełknięcia. Nie wypowiadam się za wszystkich, ale przypuszczam, że wielu ludzi to zna.
Jay Shetty: Zgadzam się.
Madonna: Z bratem nie rozmawiałam latami. I to jego choroba sprawiła, że sam się odezwał: „potrzebuję twojej pomocy”. I stanęłam przed pytaniem: czy pomogę swojemu wrogowi? Tak to wtedy czułam. I po prostu to zrobiłam. I poczułam taką ulgę. Taką, jakby zdjęto mi ciężar z pleców — bagaż, który mogłam wreszcie odłożyć: móc być z nim w jednym pokoju, trzymać go za rękę, nawet gdy umierał, i powiedzieć: „kocham cię i wybaczam ci”. To było naprawdę ważne.
To „nie”, które wszystko wyjaśniło
Madonna: I to była kolejna rzecz, którą zrozumiałam, budząc się w szpitalu: wybaczenie. To słowo samo przyszło mi do głowy — że mam ludziom wybaczyć. Bo byłam już prawie po drugiej stronie i miałam świadomy moment: ukazała mi się moja matka i spytała: „Chcesz iść ze mną?”. A ja powiedziałam: „Nie”. Moja asystentka była w pokoju, ja byłam wciąż nieprzytomna, ale słyszała, jak mówię „nie”. Kiedy w końcu się obudziłam, zrozumiała, że to „nie” dotyczyło wybaczenia — tego, że mam się pojednać z ludźmi, których nie potrafiłam puścić.
I co ciekawe — napisałam o nim piosenkę. Pracuję nad nową muzyką; powstał utwór „Fragile”, właśnie o bracie. A potem kolejny — i to znowu jest po prostu kanał: „Forgive Yourself”. Refren powtarza: „jeśli nie możesz mi wybaczyć — wybacz sobie”. I to jest coś, co wszyscy musimy zrobić: wybaczać innym, ale też wybaczyć sobie. Przestać się okładać za wybory z przeszłości, które nie wyszły nam na dobre — ani nam, ani innym.
Odpowiedzialność osobista i karmą globalna
Madonna: I znów wracamy do odpowiedzialności. To bardzo duża lekcja, jaką wyniosłam z kabaly: że jestem odpowiedzialna. Wierzę w osobistą rozliczalność, w osobistą karmę — i w karmę zbiorową. Wiele z tego, co dzieje się dziś w świecie, jest skutkiem naszego egoizmu: jako ludzie, jako społeczeństwo, ponosimy za to odpowiedzialność. Nie można siedzieć w domu, w bezpiecznym zaciszu, i mówić: „tamci na to zasłużyli”. Trzeba mieć świadomość, że w jakiś sposób, w jakiejś formie, przyczyniliśmy się do tego sami. A jednocześnie: jeśli zbiorowo i świadomie podniesiemy się na wyższy poziom świadomości, możemy zmienić świat. Brzmi to jak banał — ale doprawdy: uczynić świat lepszym, przechylić szalę. Po to tu jestem i po to z tobą rozmawiam. Po to zarejestrowałam moje studia z nauczycielem — bo naprawdę wierzę, że ta mądrość może pomagać ludziom w bardzo praktyczny sposób, nie ezoteryczny. I dlatego tu jestem.
Ostre słowa i ostre zachowania są energią — i nigdy ich nie cofniesz. Ale możesz zmienić swoje przeznaczenie, swoje karmiczne przeznaczenie. Jednym ze sposobów jest wybaczenie innym i wybaczenie sobie.
Jay Shetty: Madonna, byłaś dziś niezwykle hojna — swoim czasem, energią i otwartością. Czuję, że tyle się o tobie dowiedziałem.
(Na koniec odcinka Jay Shetty kieruje widzów do kolejnego, dobranego pod ich preferencje materiału i zachęca do subskrypcji kanału.)